”Sausage Party” – recenzja filmu!

''Sausage Party''

Recenzja filmu ”Sausage Party”!

Film ”Sausage Party” to produkcja zbierająca wiele recenzji, spośród których niejedna prezentuje skrajne stanowisko. Nic w tym dziwnego – animacja twórców związanych przez lata z Disneyem miała na celu zaszokować widza i pozostawić w nim niezapomniane wrażenie. Można śmiało stwierdzić, że ten zamysł się powiódł, gdyż według opinii znakomitej większości kinomaniaków ”Sausage Party” to film, jakiego jeszcze nie było i już nie będzie.

''Sausage Party'' plakat kinowy
”Sausage Party” plakat kinowy

Sam pomysł stworzenia animacji dla dorosłych nie jest co prawda nowy, gdyż tego typu produkcji pojawiło się w ostatnich latach dość dużo – jednak przesycenie filmu erotyzmem, dewiacjami seksualnymi oraz olbrzymią ilością przekleństw przy niewinnym wyglądzie postaci spowodowało niezwykły i bardzo oryginalny efekt. Warto również zwrócić uwagę na wykonanie filmu – w przeciwieństwie do większości przedstawicieli gatunku ”Sausage Party” jest animacją bardzo dopracowaną pod względem plastycznym, postacie są pieczołowicie wykonane i bardzo estetyczne a całość sprawia wrażenie porządnie wykonanej roboty. Warto wspomnieć również o ścieżce dźwiękowej – do czytania kwestii poszczególnych postaci zaangażowano grupę wybitnych aktorów na czele z Edwardem Nortonem, a w soundtracku wykorzystano m. in. przeboje Meat Loaf. Tym większy jest więc kontrast pomiędzy wykonaniem a treścią, pełną wulgaryzmów i rozwiązłości seksualnej.

Strzałem w dziesiątkę okazała się konstrukcja postaci – spersonifikowanych produktów żywieniowych żyjących w sklepie i nieświadomych czekającego ich losu. Trafiając do koszyka produkty czują się szczęśliwe z powodu tego, że zostały wybrane przez „bogów”. Gwałtowny powrót do rzeczywistości następuje w momencie trafienia na talerz lub pod nóż. Smaczkiem filmu są „pikantne” sceny z sugestywnymi parówkami i bułkami – szczególnie scena finałowa – a także umiejętnie wprowadzane żarty sytuacyjne. Nie ma wątpliwości, że twórcom ”Sausage Party” udało się stworzyć obraz jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny, który warto zobaczyć w kinie!

https://www.youtube.com/watch?v=qejL_vbKc-U

Film ”Sausage Party” wyreżyserowali Conrad Vernon oraz Greg Tiernan, scnariusz do filmu wspłnymi siłami napisali: Evan Goldberg, Kyle Hunter, Seth Rogen, Ariel Shaffir. Głosów postaciom użyczyła plejada gwiazd hollywood: Seth Rogen, Kristen Wiig, Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Danny McBride, Craig Robinson, Paul Rudd, Edward Norton, Salma Hayek. W polskich kinach film jest emitowany od 12 sierpnia bieżącego roku.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Blu-ray 2D/3D recenzja!

''Batman v Superman: Świt sprawiedliwości'' Blu-ray 2D/3D recenzja wydania

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – recenzja wydania Blu-ray 2D/3D!

o filmie
o Filmie

Film ”Batman v Superman” to długo oczekiwana produkcja Warner Bros w reżyserii Zack’a Snyder’a (”300”, ”Człowiek ze stali”), scenariusz do filmu napisali wspólnie Chris Terrio i David S. Goyer. Tytułowych bohaterów zagrali: Ben Affleck (Bruce Wayne /Batman), Henry Cavill (Clark Kent /Superman) w pozostałych w rolach wystąpili: Jesse Eisenberg, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter, Gal Gadot, Callan Mulvey, Scott McNairy, Tao Okamoto. W polskich kinach film był emitowany od 1 kwietnia 2016 roku, produkcję mogliśmy zobaczyć zarówno w 2D jak i w 3D.

O filmie napisano i powiedziano już wszystko co możliwe, produkcja ma swoich fanów i przeciwników, dlatego tym razem przejdziemy do sedna i przekażą wam swoją ocenę.

Ocena: 6/10
Ocena: 6/10 (Ocena dotyczy wersji kinowej)
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots

Wersja ”Ultimate Edition” na Blu-ray według mnie zyskuje aż jedno oczko w skali do 10, znacznie lepiej są nakreślone motywacje głównych bohaterów oraz wydanie jest znacznie brutalniejsze. Szkoda że w dodatkowej zawartości (aż 30 minut) nie ma dołączonych więcej sekwencji akcji.

O wydaniu
O wydaniu

Recenzowane wydanie Blu-ray 2D/3D filmu ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to dwu-płytowe wydanie BD z filmem w wersji 2D oraz 3D (TYLKO KINOWA WERSJA!). Najwyższa bezstratna ścieżka dźwiękowa która znajduje się w wydaniu to Dolby Atmos (Dolby TrueHD 7.1). W wydaniu znajdzie się polski dubbing (który jest beznadziejny, bardzo słabo przetłumaczony) oraz napisy. Poniżej okładka recenzowanego wydania:

''Batman v Superman: Świt sprawiedliwości''
”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” / dwupłytowe wydanie Blu-ray z filmem w wersji 2D i 3D (Tylko kinowa wersja).

Studio Warner Bros.
Czas trwania 2:31:40 (wersja kinowa)
Format obrazu 2.40:1 – 16:9
Rozdzielczość 1080p / 23,976 fps
Formaty audio Angielski Dolby Atmos / Dolby TrueHD 7.1, Dolby Digital 5.1 poslki (dubbing) / i inne…
Napisy angielskie, polskie / i inne…
Dystrybutor w Polsce Galapagos
Premiera Blu-Ray w Polsce 17.08.2016
Region A-B-C
dodatki
dodatki

Dodatki znajdują się na płycie Blu-ray z filmem w wersji 2D, jest ich całkiem sporo są dosyć zróżnicowane i ciekawe, sumując wszystkie minuty to lekko ponad 2 godziny. Wszystkie dodatki są dostępne z polskimi napisami.

  • Zjednoczenie najlepszych.
  • Bogowie i ludzie: Spotkanie gigantów.
  • Wojowniczka, mit, ”The Wonder Woman”.
  • Nowy Batmobil – nowy design.
  • Superman: Zawiłość i prawda.
  • Batman: Surowość i gniew.
  • Wonder Woman: Wdzięk i moc.
  • Batcave – dziedzictwo kryjówki Batman’a.
  • Mocne uderzenie.
  • Imperium Luthor’a.
  • Ochronić nietoperze.

7

Ponad 2 godziny materiałów dodatkowych to rzadkość na rynku Blu-ray.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots
Obraz
Obraz

”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” został wyposażony w kodowanie video 1080p/AVC ze średnim bitratem 21 Mbps.

Film prezentuje surową kolorystykę głównie będąc prezentacją kolorów szarości a momentami uwydatniając złoty,żółty czy niebieski które mogą od czasu do czasu być denerwujące, nieco przypominają efekty świateł z filmów serii ”Transformers” z pewnością efekt jest zamierzony i będzie bardziej efektywny na nośniku Ultra HD Blu-ray 4K z telewizorem z funkcją HDR. Czerń oraz jej odcienie szarości są wielopoziomowe i niemożna się do nich przyczepić. Efekty CGI są dobrze odwzorowane, wiele osób narzekała na wygląd Doomsday’a, moim zdaniem wygląda dobrze! Jakość obrazu przez niemalże cały seans jest ostra i szczegółowa choć bywają momenty gdzie Video traci nieco na swojej szczegółowości oraz występuje niemały gain jednakże jest tylko kilka takich sekwencji.

Ocena: 9,5/10
Ocena obrazu 2D
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots

Tak jak napisałem wcześniej film ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” na Blu-ray jest bardzo ciemny z surową kolorystyką, format obrazu 2.40:1 nie pomagają filmowi w 3D! Jakość obrazu 3D jest bardzo podobna do wersji 2D, występuje momentami fajna głębie ekranu, efektów typu ”coś lecącego prosto w twarz” lub ”wychodzące elementy/przedmioty poza ekran” tutaj uświadczyłem może dwa razy. Jeśli lubicie 3D to akurat dla tego filmu nie warto tracić czasu.

Ocena: 7,5/10
Ocena obrazu 3D
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots
Dźwięk
Dźwięk
Film został wydany z dźwiękiem Dolby Atmos natomiast ja nadal nie mam amplitunera oraz głośników przystosowanych pod odbiór tej ścieżki, pozwolę sobie napisać coś więcej na temat dźwięku Dolby TrueHD 7.1.

Dolby TrueHD 7.1 dostępna w wydaniu jest kodowana ze średnim bitratem 3,4 Mbps, jakość dźwięku jest demonstracyjna. Bardzo dobrze oddane szczegóły, dynamika, niegubiący się dialog, praca całego systemu 7.1 jest doskonała. Ścieżka w niektórych sekwencjach jest bardzo agresywna (początkowa scena – walka Superman’a z Zodem w mieście czy odbicie zakładnika przez Batman’a) wtedy praca głośników surround czy suba jest wzorowa z masą dźwiękowych detali. Mamy do czynienia z celującą ścieżką dźwiękową Dolby TrueHD 7.1 która może służyć do sprawdzenia każdego kina domowego 7.1, polecam przetestować!

Ocena 10/10
Ocena 10/10 – Dolby TrueHD 7.1
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots
Werdykt:
Werdykt:

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” (”Batman v Superman: Dawn of Justice”) nie jest filmem idealnym, ma swoje problemy natomiast nie można mu odmówić wielu dobrze zrealizowanych sekwencji akcji które na Blu-ray wyglądają zjawiskowo. Wydanie na Blu-ray wygląda bardzo dobrze jeśli chodzi o dźwięk i obraz, 3D w tym przypadku zawodzi także moim zdaniem nie warto pakować się w wydanie z filmem w 3D, lepiej zakupić wydanie Blu-ray z filmem w wersji rozszerzonej ”Ultimate Edition”.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Video Blu-ray screenshots
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – Video Blu-ray screenshots
Pozostałe wydania Blu-ray filmu ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” które są warte zakupu:
Steelbook (2x Blu-ray) ''Batman v Superman: Świt sprawiedliwości''
Steelbook (2x Blu-ray) ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – Film w wersji kinowej oraz ”Ultimate Edition” – w sumie 2x Blu-ray
Okładka Ultra HD Blu-ray 4K filmu ''Batman v Superman: Świt sprawiedliwości''
Ultra HD Blu-ray 4K filmu ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – UHD4K film w wersji ”Ultimate Edition, Blu-ray film w wersji kinowej.
''Batman v Superman: Świt sprawiedliwości''
”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – Film w wersji kinowej oraz ”Ultimate Edition, w sumie 2x Blu-ray

„Marsjanin” – recenzja

Ridley Scott wielkim reżyserem JEST. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Owszem, zdarzały mu się wpadki, jak choćby „Exodus…”, nabuzowany gwiazdami „Adwokat” czy źle przyjęty „Prometeusz” (który mi osobiście się podobał), ale Scott to jeden z tych reżyserów, którego filmy będzie się wspominać na długo po śmierci artysty i zapewne kilka jego obrazów, znajdzie się w niejednym rankingu „Top Wszechczasów. Wystarczy wymienić takie filmy jak „Thelma i Louise”, mroczny kryminał „Czarny deszcz”, wyśmienitego „American gangstera” czy epickiego „Gladiatora”. Nie można jednak nie wspomnieć przede wszystkim o najgenialniejszym dziecku Ridleya czyli o „Alienie” i choć „Marsjanin” jest zgoła innym filmem od „Obcego”, to jednocześnie ma z nim wiele wspólnego. Fakt, „Alien” jako film z lat 70-tych to dzieło pionierskie, niemal inżynieryjne, ale tym co przede wszystkim cechuje zarówno „Marsjanina”, jak i „Aliena” to prostota. Proste, sterylne i nienachalne kadry, prosta fabuła, nieskomplikowana narracja, a wykonanie na najwyższym poziomie. Nie ma tu przepychu „Adwokata” czy nachalności „Exodusa”. Dostajemy produkt doskonały, gotowy i podany w najlepszy z możliwych sposobów.

Sukces „Marsjanina” nie leży jednak tylko po stronie scenarzysty i reżysera. Obsada, a w szczególności rola głównej postaci, podobnie jak w „Obcym”, nadaje ostrości i pełnego, emocjonalnego wyrazu. Matt Damon jako Mark Watney spisuje się fenomenalnie i daje kłam tym opinią, które niesprawiedliwie skazywały go na dogorywanie w filmach akcji. Mark to bohater idealny: przystojny, umięśniony, inteligentny i odważny, a dzięki Damonowi „Marsjanin” zamiast być filmem o facecie, który sadzi ziemniaki, staje się obrazek o człowieku z krwi i kości, dla którego pechowy dzień nadszedł i zdarzył się właśnie na Marsie. Na skutek burzy piaskowej, Mark zostaje ranny i znika reszcie ekipy z pola widzenia, a ta sądząc, że Mark nie żyje, ewakuuje się z piaszczystej planety w pośpiechu, zostawiając Marka w środku piaskowego armagedonu. Gdy nastaje świt, Mark orientuje się, że został sam, na „bezludnej planecie”, a kontakt z ziemią jest znacznie utrudniony. Przy niewielu zapasach żywności, Watney postanawia stawić czoła wyzwaniu i przeżyć za wszelką cenę. Dzieli racje, sadzi ziemniaki na ludzkim gównie i czeka na zbawienie. Tak w skrócie można opisać kilkadziesiąt pierwszych minut filmu, które mijają w oka mgnieniu. Wierzcie mi, ten ponad dwugodzinny seans upłynie, zanim się zorientujecie. A to najważniejsze przy ponad 90 minutowych „kolosach”; coś musi w nich zaskoczyć i to zaskoczyć na tyle szybko i intensywnie, aby starczyło na resztę seansu. Ridley zadbał o brak nudy kilkoma, naprawdę śmiesznymi gagami i dialogami, a zabawa ze zmienianiem ujęć to z łazika, to z hełmu daje, temu dość statycznemu obrazowi odrobinę lekkości. Muszę nadmienić także o plejadzie gwiazd na drugim planie, bo jak to zwykle w filmach Scotta bywa, jest ich co niemiara. Jest tu Kate Mara i Jessica Chastain, jako członkowie załogi statku kosmicznego Marka oraz Kristen Wiig, Jeff Daniels, Sean Bean i Chiwetel Ejiofor jako ekipa z NASA, ale „Marsjanin” to film przede wszystkim Matta Damona, który dzięki swojemu ujmującemu wyglądowi, unika skojarzeń z ciapowatym pracownikiem FedEx-u, który gada z piłką na bezludnej wyspie. Zamiast tego buduje obraz typowego Amerykanina, który zakasuje rękawy, ociera łzy i bierze się do pracy. Trudne? Tak. Nierealne? Nie. Mark Watney to doskonałe połączenie Jamesa Bonda z Macgyverem i choć film jest dość przewidywalny, a większość widowni bez trudu domyśli się finału, to i tak Ridley stworzył film niezwykle przejmujący, balansując zgrabnie między dramatem a komedią.

„Marsjanin” nie jest na pewno dziełem wizjonerskim, jakim był „Obcy”, ale to film, dzięki któremu reżyserzy, tacy jak choćby Michael Bay zrozumieją, że mniej „fiction”, a więcej „science” może skutkować doskonałym obrazem, plasowanym ponownie w czołówce najlepszych filmów wszech czasów, a sam Ridley na pewno nie powiedział ostatniego słowa, udowadniając, że nie można spisywać go na straty.

„Kod 100″ – recenzja

Seriale kryminalne to niewdzięczny materiał twórczy. Opatrzony złą sławą gatunek, nie jest skory do zmian, a lepsze produkcje zdarzają się niemiernie rzadko. Częściej natomiast, dostajemy intelektualny śmietnik, tzw. zapchaj dziurę dla kanałów telewizyjnych, które obfitują w powtórki takich „hitów” jak CSI: Miamia, NY, Las Vegas, Cyber itd. Tym bardziej należy choćby odrobinę docenić bardziej wartościowe seriale, które nie tyle wprowadzają powiew świeżości, ile przybliżają widzowi realny świat, który widzą za oknem, okalany dawką brutalności i krwi. Z łatwością można dopatrzeć się rozwagi twórców, którzy zamiast zatrudniać do roli detektywów plastikowe twarze, muśnięte dawką słońca z solarium, wolą postawić w tej roli kogoś wyrazistego, nietuzinkowego i na tej bazie budować jego charakterystykę, a nie na odwrót. Mało znany polskim widzom serial produkcji amerykańsko-niemiecko-szwedzkiej, idealnie wpasowuje się w dość ubogi jeszcze gatunek serialu kryminalnego, z dużą dawka szorstkości i realizmu. Ze względu na to, że przeważająca część aktorów to Szwedzi, ich nazwiska niewiele będą wam mówiły, podobnie jak niewiele mówiły mnie. Jedyną, dobrze znaną twarzą jest występujący w głównej roli Dominic Monagham. Wciela się on w postać detektywa Tommy’ego Conley, gliny z Nowego Yorku, który tropiąc seryjnego mordercę, musiał opuścić Stany i udać się do Szwecji, gdzie najprawdopodobniej przebywa ów sprawca. W zbadaniu zagadkowych zgonów pomaga mu Sztokholmska policja, która wyznacza do tego zadania specjalną grupę, na której czele stoi detektyw Mikael Eklund (Michael Nyqvist). To stary wyga, obecnie odchodzący na emeryturę z powodów osobistych. Przydzieleniu mu roli „niani” dla nerwowego i porywczego Tommy’ego, początkowo nie jest mu na rękę, lecz z czasem Eklund zaczyna rozumieć, że sprawa tajemniczych morderstw nie jest tak prosta, jak mogło się na początku wydawać.

Muszę przyznać, że z początku Monagham wydawał mi się postacią kompletnie nie pasującą do klimatu kryminalnych zagadek oraz mało wiarygodny, jako targany demonami przeszłości policjant. „To ten hobbit?” – pomyślałam, ale w gruncie rzeczy Dominic wypada nieźle na tle świetnych Szwedów, którzy zdecydowanie brylują w tej produkcji. W szczególności aktor wcielający się w postać Mikaela, a także Peter Eggers jako Goran. Obaj aktorzy stworzyli wiarygodne i niezwykle charakterystyczne postaci, które nadają ton temu międzynarodowemu serialowi. Ale „Kod 100” to nie tylko Panowie. Jedna z Pań też odtworzyła barwną i zapadającą w pamięci kreację, pomimo dość młodego wieku. Felice Jankell jako Hanna Eklund, córka detektywa Mikaela wypada zdecydowanie najlepiej z całej żeńskiej obsady. Jej kreacja zagubionej, obwiniającej ojca nastolatki wypada niebywale dramatycznie i realistycznie, a romans z kolegą taty dodaje całej kreacji jeszcze więcej smaczku.

„Kod 100”, zarówno pod względem obsady, jak i fabuły, to naprawdę dobrze skrojony serial, na którego na pewno warto rzucić okiem. Mocnym punktem tej produkcji jest także piosenka z czołówki, klimatem przypominająca do złudzenia te z wejściówek do pierwszej i drugiej części „Detektywa”. „Kod 100” to nie serial wybitny, ale to przyzwoite, wciągające kino, z Hobbitem i kilkoma Szwedami, którzy tworzą całkiem zgrabną opowieść. Nie wiem jak Wy, ale ja czekam na drugi sezon.

„Ripley” jako archetyp kobiecego superbohatera w kinie

„Superbohater” – fikcyjna postać z filmów, książek lub komiksów, tocząca walkę z szeroko pojętym złem. Pojęcie to zostało spopularyzowane wraz z pojawieniem się jednego z najbardziej popularnych bohaterów komiksów – „Supermanem”, ale superbohater to przede wszystkim mężczyzna. Pełnokrwisty samiec z super-mocami (Spider-man, Superman, Kapitan Ameryka) lub ich pozbawiony (Batman, RoboCop) albo postać stworzona na bazie umięśnionego herosa z teraźniejszości, który walczy ze złem (John McClane, Chuck Norris, Transporter). Im dalej od komiksów, tym postaci superbohaterów nabierają bardziej ludzkiego, „zwyczajnego” charakteru. Chyba najbardziej znanym przykładem bohatera z krwi i kości jest Bond, James Bond; Agent jej królewskiej mości popijający Martini, a od czasu do czasu ratujący świat przed szaleńcem lub nuklearną zagładą. Seria filmów o Bondzie to jeszcze jedna, ważna lekcja dla łaknącego wrażeń widza. Każda kobieta pojawiająca się w życiu brytyjskiego szpiega to jedynie forma ładnego, często niezdarnego i mało zobowiązującego dodatku do inteligentnego Pana w smokingu. Patrząc na obraz kobiet, zresztą nie tylko w filmach o agencie 007, można by z całą pewnością stwierdzić, że kobiecie bliżej do wzoru piękności niż symbolu bohaterskości. Odwaga, „męstwo” (a jakże) i „siła” to te atrybuty, które z trudem można przypisywać kobietom, a na pewno nie znacznej jej większości. Tym bardziej jednak cieszy, że w dzisiejszym kinie pojawiają się herod babki, których bohaterskie czyny potrafią onieśmielić niejednego samca.

Koniec lat siedemdziesiątych przyniósł nam, tak niecierpliwie wyczekiwaną Panią – bohater, która odwagą i intelektem dorównuje niejednemu superbohaterowi. Ripley (Sigourney Weaver) to kontrowersyjnie męska babka, dzięki której testosteronowa część widowni w końcu zrozumiała, że kobieta też może biegać z gnatem i pocić się, niczym rodowity rolnik w polu. Postać Ripley burzy, przekreślając jednocześnie obraz porcelanowej, delikatnej damy utarty w pamięci widowni przez poprzednie lata. To ona rzuca wyzwanie Obcemu, i jako jedyna, uchodzi cało. Ripley to pierwowzór dla kolejnych, twardych i inteligentnych superbohaterek we współczesnym kinie.

image

Oczywiście, także komiksy, relatywnie często odnoszą się do kobiet – bohaterów, ale każdy, bardziej rozgarnięty kinoman lub fan obrazkowych opowieści wie, że żadna Wonder Woman czy Batgirl, nie odbierze lauru pierwszeństwa, w zdominowanym przez męskich superbohaterów świecie fantasy. Szansę na oddalenie się od „wizerunku Dorotki”, dają filmy przygodowego lub rasowe kino sci – fi, w których Panie mają o wiele większe pole do popisu, nadrabiając często braki w tężyźnie fizycznej, inteligencją i sprytem. Teraźniejszym przykładem takich, niezwykłych kobiet może być z pewnością Alice (Milla Jovovich), z serii filmów „Resident evil”. Owszem, z biegiem czasu bohaterka dostaje w bonusie kilka super mocy, ale w gruncie rzeczy jej sukces w walce, tym razem z zombie, obarczony jest przede wszystkim zręcznością i wiedzą. Alice to piękna wojowniczka, która zawsze dobrze wygląda, ale to nie przeszkadza jej w spuszczaniu łomotu nieumarłym i armii sterowanych przez Korporację Parasol, żołnierzy. Inną pięknością, której skąd inąd największym atutem jest inteligencja i sprawność fizyczna jest Lara Croft (Angelina Jolie). Film „Tomb Raider” oraz jego kontynuacja to obrazy powstałe ( podobnie jak „Rasiden evil”) na bazie gier. Zapewne z tego powodu z trudem przychodzi nam, kobietom utożsamianie się tak z Alice, jak i z Larą, których umiejętności wydają się nam nieosiągalne.

image

Inaczej natomiast rzecz się ma z superbohaterkami XXI wieku. Są młode, piękne, ale przede wszystkim nadwyraz prawdziwe. Pierwszą z nich jest Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence), bohaterka, stworzonej na podstawie książki, sagi „Igrzyska śmierci”. Katniss to bohaterka, którą do życia powołała chwila i czas. Wybierając rolę trybuta w pierwszej odsłonie cyklu, stała się „Kosogłosem” – bohaterem uciskanego ludu, który dzięki niej zapragnął wyrwać się spod jarzma tyranii klasy wyższej. Katniss nie ma żadnych, nadprzyrodzonych zdolności. Jej bronią jest łuk i strzały, a tarczą inteligencja i spryt. Nie szuka poklasku i źle się czuje w roli przywódcy, ale gdy przychodzi czas próby, staje na wysokości zadania. Drugą, współczesną wojowniczką jest bohaterka (podobnie jak w przypadku „Igrzysk śmierci”), stworzonej na bazie książkowego pierwowzoru, sagi „Niezgodna”. Tris (Shailene Woodley) to urocza, uparta i inteligentna dziewczyna, która na przekór swoim, kochającym rodzicom, odcina pępowinę jednym, ostrym cięciem i zmienia otoczenie, by móc podążać zgodnie ze swoimi przekonaniami i odczuciami. Nowa „grupa” daje Tris szkołę życia, by zachartować, zarówno jej charakter, jak i ciało. Początkowe problemy z ćwiczeniami fizycznymi, po pewnym czasie, dzięki uporowi i ciężkiej pracy, stopniowo maleją, by w konsekwencji Tris mogła stać się pełnoprawnym członkiem społeczności. Niestety, sielanka nie trwa zbyt długo, gdy owładnięci chciwością przywódcy innej grupy, dokonują zamachu i próby obalenia dotychczasowego ładu. Tris wyrasta na superbohatera, który stawi czoła oprawcom i położy kres ich niecnym zamiarom. Trzeba oczywiście nadmienić, że zarówno w serii „Igrzyska śmierci”, jak i w sadze „Niezgodna”, nie brakuje miejsca na miłość i romanse, ale dzięki temu obie strony widowni, mogą wyjść z seansu z tymi filmami, w pełni usatysfakcjonowane.

Pojawienie się kobiet w roli superbohaterów, nie zmieni jednak faktu, że żadna Lara czy Alice, nie osiągnie takiej popularności, jaką może cieszyć się Bruce Wayne, Peter Parker czy choćby Indiana Jones. Niestety, superbohaterowie to przede wszystkim faceci, na których patrzeć z podziwem, chcą także przeważnie inni, faceci.

image

Odchodząc tym czasem od srebrnego ekranu, możemy zauważyć, że świat seriali jest o wiele łaskawszy dla Pań w roli herosów, niż jest to w przypadku kina. Szczególnie lata dziewiędziesiąte przyniosły równouprawnienie w kwestii głównych bohaterów odcinkowych serii. Najlepszych przykładem „wyrównywania szans” są dwa seriale, goszczące na ekranach tego samego roku, (1995) czyli „Hercules” i „Xena – wojownicza księżniczka”. Opierające się na tym samym modelu fabularnym seriale, odniosły ogromny sukces, kładąc znak równości między superbohaterem a kobietą. Podobnym przykładem jest z pewnością inny hit lat dziewiędziesiątych – „Nikita”. Peta Wilson, blondwłosa piękność z Antypodów udowodniła wszystkim facetom, że seksapil i odwaga to zabujcza mieszanka. Awangardowa fabuła przysporzyły „Nikicie” wielu fanów i na nowo zdefiniowała pojęcie super-heroiny na małym ekranie. Nowe tysiąclecie zafundowało nam natomiast „Agentkę o stu twarzach” z młodziutką Jennifer Garner oraz „Veronicę Mars” z Kristen Bell. Tylko, czy te seriale zmieniły świat? Czy dzięki odważnym, mężnym kobietom w roli herosów, widzowie na nowo zdefiniowali pojęcie superbohatera? Wydaje się, że nie. Żadna bohaterka, czy to w filmie czy serialu nigdy nie przyćmi Johna Connora czy Spidermana, ale nie szkodzi. Ja z nadzieją patrzę w przyszłość i ze zniecierpliwieniem będę czekać na damską wersję „Szklanej pułapki”.

„Whitney” – recenzja

Trzy lata. Tyle przyszło nam czekać na pierwszy (i zapewne nie ostatni) film biograficzny poświęcony Whitney Houston pt. „Whitney”. Na krześle reżyserskim zasiadła Angela Bassett, zaopatrzona w scenariusz mało znanego Shema Bittermana oraz równie anonimową obsadę. Tylko jedno dawało szansę na pełny sukces – Whitney Houston. Ikona muzyki lat 80-tych i 90-tych, odtwórczyni wielu zapadających w pamięci ról filmowych, w tym u boku Kevina Costnera w „Bodyguardzie” czy „Żonie pastora” z Denzelem Washingtonem. Houston to zdobywczyni 400 nagród oraz artystka, która sprzedała 170 mln płyt. Powiedzieć, że Whitney Houston była gwiazdą to mało; ona była zjawiskiem. Niepowtarzalna skala i barwa głosu uczyniły z niej jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek wszech czasów. Niestety, życie prywatne artystki nie było pasmem radości i sukcesów. Uzależnienie od alkoholu i narkotyków zrujnował zarówno jej głos, jak i jej karierę, a w konsekwencji doprowadziły do jej śmierci. Chwały Houston nie przyniósł także burzliwy związek z ojcem jej jedynego dziecka, Bobbym Brownem. Wielu fanów oraz rodzina Whitney po dzień dzisiejszy obwiniają Browna o sprowadzenie utalentowanej, młodej Whitney, na ciemną drogę z przemocą, libacjami i narkotykami. I właśnie o tym miał z założenia opowiadać film Angeli Bassett, która (tak mniemam) starała się ukazać drogę Houston do załamania kariery oraz do przedwczesnej śmierci. Niestety, z minuty na minutę trwania tego wątpliwej klasy dzieła, coraz bardziej miałam wrażenie, że film wcale nie opowiada o Whitney, a o Bobbym Brownie, który podejmuje desperacką próbę rozgrzeszenia z błędów przeszłości. Skąd inąd jednak, patrząc na nagonkę pod jego adresem i oskarżenia o to, że w znacznym stopniu przyczynił się do śmierci artystki, film wydaje się rzucać nowe światło, tak na samą Whitney i jej zachowanie, jak na związek z Bobbym. Wynika z niego jednoznacznie, że to Houston „wepchnęła” swojego męża w narkotyki, bo brała na długo przed tym, gdy zaczęła spotykać się z Brownem.

Z pewnością nie można zarzucić filmowi stronniczości, bo i na męża piosenkarki spadają gromy za niewierność i nadużywanie alkoholu. Jednocześnie jesteśmy światkami wielu sytuacji, w których Bobby, traktowany jest, przez dąsającą się i niepewną Whitney, jak przysłowiowe piąte koło, a jemu samemu wielokrotnie uświadamia, kto tutaj jest prawdziwą gwiazdą. Niestety, niedowartościowany Bobby, z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że nigdy nie „dogoni” swojej żony, w pogoni za sławą, co wpędza go nieuchronnie w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, które w miarę upływu lat, zaczyna przyjmować wraz ze swoją żoną. Z owocnych początków kariery utalentowanego Browna, po kilku latach małżeństwa z Whitney, pozostają już jedynie strzępy. To na Houston spada odpowiedzialność za byt i przyszłość Kristi, jaki i samego Browna.

Patrząc na związek tych dwojga artystów, nie tylko na podstawie relacji Bassett, można powiedzieć, że Whitney i Bobby to była idealna para, ale jednocześnie należeli do tej grupy osób, która będąc razem, doprowadziła się do totalnej destrukcji, tak fizycznej, jak i psychicznej. Nie można powiedzieć, że Brown i Houston nie darzyli się miłością, bo darzyli i to wielką, ale właśnie to, płomienne niegdyś uczucie, całkowicie ich przerosło. Jednakże, pomimo narastających problemów w życiu rodzinnym, Houston (zapewne do końca) pozostała profesjonalistką. Gdy wychodziła na scenę, była pełną energii, uroczą i czarującą artystką, która dzięki swojemu głosowi, potrafi zrobić wszystko.

Sam film natomiast, w dość nieudolny i powierzchowny sposób starał się uwidocznić kontrowersje z życia Whitney Houston oraz w pewien sposób dać kłam temu, co pisano po śmierci artystki o jej mężu Bobbym. Osobiście, nie jestem fanką laurkowych filmów biograficznych, ale w mojej ocenie film Angeli Bassett przekroczył granicę dobrego smaku, tym bardziej, że zaraz po projekcji filmu, rodzina artystki apelowała do twórców, aby nie emitowano tego filmu. Sądzę, że są pewne granice, które Bassett niechcący przekroczyła.

Muszę podkreślić też jedną, bardzo ważną kwestię. Każdy kto obejrzał ten film, bez trudu wytknie mu wiele błędów i niedociągnięć od strony technicznej, jak i prostą i nazbyt dosłowną fabułę, która na dodatek nie ukazuje całego obrazu sytuacji, wybierając jedynie, w dość chaotyczny i niedbały sposób, fragmenty z życia Whitney tak, aby wpasowały się w myśl przewodnią filmu. Zapewne fani artystki, podobnie jak jej rodzina, byli oburzeni tym, co zobaczyli na ekranie, protestując przed ukazaniem takiego obrazu z życia Houston oraz pobłażliwe potraktowanie Bobby’ego, którego uważają za zło wcielone i sprawcę wszystkich problem w życiu Whitney. Co jednak jest atutem tego filmu? Oczywiście muzyka autorstwa Whitney, ale w mojej ocenie przede wszystkim obsada. Paradoksalnie, nieznane twarze odtwórców głównych ról czyli Yaya DaCosty oraz Arlena Escarpeta’y, mogły przynieść filmowi sukces, przy dobrej podstawie scenariuszowej. Podobnie, jak było to w przypadku Angeli Bassett i Laurence’a Fishburne’a, którzy szerszej widowni byli mało znani, gdy zobaczyliśmy ich w roli Tiny i Ika Turnerów w filmie „Tina” Briana Gibsona. W tym przypadku, niewiele mówiące nazwiska obsady spowodowały, przy dobrze skonstruowanym scenariuszu, że zarówno Bassett, jak i Fishburne nie stworzyli kolejnych kreacji aktorskich – oni stali się Tiną i Ikiem i byli z nim utożsamiani na długo po emisji filmu. Niestety, słaby scenariusz, niski budżet i kiepska reżyseria filmu „Whitney” sprawiły, że pierwszy film o megagwieździe, jaką niewątpliwie była Whitney Houston poniósł druzgocącą porażkę. Może na to wszystko było za wcześnie, a może wystarczyło ukazać to, co było istotą życia artystki czyli muzykę, zamiast melodramatu na poziomie programu Jerry’ego Springera? A tak? Dostaliśmy marny film, o którym w niedługim czasie zapewne wszyscy zapomną. Wielka szkoda.

„Wybór Zofii” – recenzja

Nowy Jork. Brooklyn. Koniec lat 40. Początkujący pisarz z Południa, Stingo (Peter MacNicol) wyjeżdża z rodzinnego domu w poszukiwaniu inspiracji i przygód. Wynajmuje pokoik w spokojnej części Brooklynu, w domu z różowymi ścianami, gdzie jego sąsiadami „z góry” są Zofia Zawistowska (Meryl Streep) i Nathan (Kevin Kline). Zofia jest Polką, która wyemigrowała z kraju zaraz po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego Auschwitz, z którego udało jej się ujść z życiem. Niestety, cała jej rodzina zginęła w obozach. Po półrocznym pobycie w Stanach, Zofia poznała Nathana – ekscentryka, biologa, intelektualistę. Nathan to człowiek pogodnego ducha, który równie intensywnie się bawi, co wpada w złość i frustrację. Pierwsze spotkanie Stingo z Nathanem nie przebiegło pomyślnie. Młody pisarz był światkiem jednej z wielu żarliwych kłótni Zofii i Nathana, podczas której zarówno Zofia, jak i Stingo usłyszeli kilka gorzkich słów z ust rozzłoszczonego Nathana. Nazajutrz kochanek Zofii wyciągnął do Stingo rękę z przeprosinami i od tej chwili, cała trójka stała się niemal nierozłączna. Zafascynowany tajemniczą Zofią oraz ekscytujący i porywczym Nathanem, Stingo z biegiem czasu odkrywa sekrety przeszłości dwojga kochanków, która w znaczący sposób kładzie się cieniem zarówno na zachowaniu Zofii i Nathana, jak i ich życiu, pełnym wahań i nieprzewidywalności. Nieopierzonemu, ubogiemu w życiowe przejścia Stingo, coraz ciężej jest znaleźć wytłumaczenie niecodziennego zachowania tak Zofii, jak i Nathana. Z biegiem czasu Stingo odkrywa mroki przeszłości Zofii, która opowiada mu o obozowym życiu oraz piekle, przez które przeszła, wraz z całą swoją rodziną. Wspomnienia z Auschwitz zmieniają zarówno Stingo, jak i widza, który zaczyna oglądać film z zupełnie innego punktu widzenia.

Zofia Zawistowska to postać żywcem wyjęta z dramatów Szekspira, a wcielająca się w nią Meryl Streep stworzyła nie tylko jedną z najtragiczniejszych ról w historii kina, ale także najlepszą kreację w swojej karierze. Opuszczona, osamotniona i zagubiona Zosia doskonale odnalazła się w świecie stworzonym przez ekscentrycznego Nathana. Ta pozorna, idylliczna rzeczywistość zdaje się być jedynym możliwym światem, w którym zarówno Zofia, jak i Nathan mogą funkcjonować po problematycznej i pełnej dramatycznych przeżyć przeszłości. Nijak nie pasuje tam Stingo, „dziecko z południa”, dla którego utrata matki w młodym wieku jest najtragiczniejszym wydarzeniem w jego dotychczasowym życiu, a zarazem przyczynkiem do napisania autobiograficznej powieści. Choć Stingo jest zafascynowany nowo poznaną parą, to z trudem przychodzi mu zrozumienie ich poczynań oraz wyborów, których musieli dokonywać w przeszłości, a rodząca się w nim miłość do Zofii, tak różnej od niego samego, zdaje się być z góry skazana na porażkę. Stingo żyje bowiem jeszcze w tym pięknym, młodzieńczym świecie, w którym wszystko wydaje się być możliwe, a problemy do przezwyciężenia. Zofia i Nathan z kolei już dawno porzucili nadzieje na lepsze jutro, by żyć chwilą, tym co jest tu i teraz. Nie planują, a jedynie marzą o tym, co nieosiągalne i niemożliwe. Ich wzajemna miłość jest pełna napięć i konfliktów, nie można im jednak odmówić wielkiej pasji i namiętności. Na pierwszy rzut oka Nathan i Zofia to ekscytująca, miła para dwojga wykolejeńców, którzy odnaleźli się w tym trudnym do zrozumienia, powojennym świecie. W rzeczywistości oboje próbują zapomnieć o tragicznej przeszłości, uciekając w świat wyobraźni i dziecięcej radości.

„Wybór Zofii” to intymna, mroczna i przejmująca opowieść o miłości i cierpieniu oraz o wyborze, którego tytułowa Zofia, musiała dokonać. To jednak film przede wszystkim o piekle wojny, o okrucieństwie jednego człowieka wobec drugiego, ale także o tym, że nie ważne ile przebędziemy mil, jak długo będziemy uciekać, to i tak nie unikniemy konsekwencji wyborów, których musieliśmy dokonać oraz wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości. Sztuką jest bowiem, aby nauczyć się żyć z bólem i stratą oraz wybaczyć samemu sobie to, co niemożliwe do wybaczenia.

„Wybór Zofii” to jeden z tych filmów, które zapadają w pamięć na długo i nie dają łatwych odpowiedzi, na jakże trudne, dorosłe pytania. To także jeden z tych nielicznych obrazów, w których cała obsada zasługuje na uznanie, choć trzeba także uczciwie przyznać, że poza tercetem Streep, Kline i MacNicol, na ekranie ciężko jest zauważyć kogokolwiek innego. Magnetyczna i przejmująca Streep, fascynujący i tajemniczy Kline oraz nieco infantylny MacNicol to mieszanka wybuchowa, w tym pełnym wrażeń wojennym dramacie, w którym w znakomity sposób połączono retrospektywne odniesienia do przeszłości Zofii, z jej dotychczasowym życiem z Nathanem i Stingo. Kulminacyjna scena, w której dowiadujemy się, co jest tymże tytułowym wyborem, napawa przerażeniem i w bardzo niewygodnym położeniu stawia także samego widza. Z perspektywy fotela, chrupiąc co rusz jakąś przekąskę, ciężko jest wczuć się w sytuację Zofii i zrozumieć, w jakich czasach przyszło żyć jej i innym ludziom, których los potraktował tak okrutnie i nieczule. Pozostaje zadać tylko jedno pytanie: „Gdzie był wtedy Bóg?”.

Podsumowując, dodam jedynie, że „Wybór Zofii”, genialny film Alana J. Pakuli to pozycja obowiązkowa, dla wszystkich, którzy szukają w kinie prawdziwych, pełnych emocji przeżyć podczas seansu z filmem, który nikogo nie pozostawia obojętnym, a na pewno obojętnej nie pozostawił mnie.

„Karbala” – recenzja

„W końcu porządne kino wojenne” – pomyślałam zaraz po premierze „Karbali”, którą kilka dni temu udało mi się nareszcie obejrzeć. Seans przyjemny, wrażenia także, a mimo wszystko czuję jakiś dyskomfort. Może lawina wojennej kinematografii spod skrzydła Amerykanów zakłóciła mój obiektywizm i w znaczący sposób wpłynęła na moją ocenę filmu Łukaszewicza? A może jednak problem tkwi w zupełnie czym innym?

„Karbala” – film opowiadający o obronie przez polskie i bułgarskie wojska siedziby miejscowych władz, City Hall z biegiem czasu zamienia się w potok pretensji i kompleksów Polaków w stosunku do amerykańskich Marines. Niestety, Łukaszewicz nie odrobił lekcji z narodowego patriotyzmu i zamiast stworzyć obraz dumny, stworzył obraz żałosny. Sceny gdy Amerykanie robią zdjęcia mało bojowym wozom polskiej armii czy te, gdzie nasi wojacy okładają drzwi jeepa kamizelkami kuloodpornymi, dają obraz opłakanego stanu naszego wojska, przede wszystkim w odniesieniu do jakości sprzętu i wyposażenia. Wszem i wobec wiadomo jednak, że Polak potrafi, więc nasi dzielni żołnierze, nie bacząc na kpiny, zarówno ze strony Amerykanów, jak i samych Irakijczyków, nadrabiają niedobory w uzbrojeniu pomysłowością i sprytem, czego nie można powiedzieć o reżyserze i scenarzyście Krzysztofie Łukaszewiczu. Polski twórca, z braku jakichkolwiek pomysłów, czerpie garściami z kina amerykańskiego, wyławiając z niego najlepsze kąski. Z jakim skutkiem? Raczej mizernym. Mamy tu trochę z „Szeregowca Ryana”, „Helikoptera w ogniu” czy niedawnego „Snajpera”. O ile jednak każdy amerykański film, traktujący o wojnie w Wietnamie, Afganistanie czy Iraku, charakteryzuje się przede wszystkim niesłabnącym patriotyzmem i patetyzmem oraz wiarą w zwycięstwo, o tyle polski film o zwycięskiej bitwie przypomina raczej dramat, aniżeli rasowy film bitewny. Amerykanie, jak żadna inna nacja, każdą swoją porażkę na polu bitwy, potrafią przekuć w sukces na srebrnym ekranie. Doskonałym przykładem są tutaj filmy o Wietnamie, które nigdy nie wspominają o druzgocącej klęsce Amerykanów, ale zawsze podkreślają bezlitosność oddziałów Wietkongu w stosunku do cywili czy też do samych amerykańskich żołnierzy, których więziono i torturowano w wietnamskich obozach jenieckich. Tym sposobem, nawet przy porażce na polu bitwy, dzielni Jankesi odnosili sukces, uchodząc z życiem z wietnamskiej niewoli. Polacy natomiast, cierpią na przypadłość bycia ofiarą, nawet wtedy, gdy mogą dumnie defilować z orzełkiem na piersi; skądinąd nawet amerykańska flaga, zdaje się dumniej powiewać na maszcie, aniżeli nasza biało-czerwona. Niestety, to nie jedyne zarzuty w stosunku do „Karbali”. Schematyczne potraktowanie Irakijczyków, jako z jednej strony terrorystów, a z drugiej tchórzliwych, zalęknionych cywili, którzy uciskani przez terror Al-Kaidy, nie są w stanie normalnie żyć i funkcjonować w wojennej rzeczywistości, potęgować może już rosnącą niechęć i wrogość do ludzi innych kultur i wyznania.

Z ratunkiem „Karbali” nie przyszła także obsada, z wybitnym Brtłomiejem Topą na czele, która nie dała rady unieść ciężaru odpowiedzialności, stając w obliczu jałowych dialogów i nijakiego scenariusza. W mojej ocenie nie tu jednak, powinniśmy szukać powodów porażki filmu Łukaszewicza. Oczywiście, problemy z montażem oraz kiepska ścieżka dźwiękowa, także nie przysporzyły temu filmowi fanów, ale moim zdaniem porażkę „Karbali” tłumaczy przede wszystkim tematyka. Polskiego narodu nie obchodzi wojna w Iraku, bo po prostu nas nie dotyczy; to nie nasza wojna – my jesteśmy tam tylko gośćmi. Próżno więc szukać w obrazie Łukaszewicza oznak patriotyzmu czy bohaterskich uniesień, skoro sami żołnierze w filmie, niejednokrotnie przyznają, że przyjechali na wojnę nie dla heroizmu czy orderów, ale dla pieniędzy. W przeciwieństwie do Amerykanów, dla których bitwa o Irak jest sprawą niemal osobistą, nie szukamy w niej spełnienia siebie i nie łudzimy się, że strzelanie na Bliskim Wschodzie przyniesie komukolwiek chwałę i chlubę. Jak więc, film o irackiej wojnie miał odnieść sukces w kraju, który misje w Iraku traktuje jak dobry zarobek?

Gdyby Łukaszewicz utrzymał kurs i zrealizował film stricte wojenny, opowiadający historię jednej, trzydniowej bitwy o City Hall, to niewątpliwie „Karbala”, byłaby by wdzięcznym prekursorem nowej fali w polskim kinie. Niestety, chaotyczne upchanie wielu kwestii związanych z wojennym życiem w Iraku, tak problemów rodzinnych żołnierzy, jak i przesycenia wojenną rzeczywistością wojskowych weteranów, sprawiają, że „Karbala” to film bez przesłania. Owszem, opowiada o obronie City Hall, ale nie ma tu polotu, pasji i radości z tego, że nasi żołnierze, przy niewątpliwych, skromnych środkach potrafią stanąć ramię w ramię z naszymi „sojusznikami”, Amerykanami i utrzeć nosa wrogo nastawionym Irakijczykom. Trzeba jednakże podkreślić fakt, patrząc na obraz stworzony przez Łukaszewicza, że polscy twórcy muszą się jeszcze wiele nauczyć.

„Karbala” powinna być filmem, który z dumą pokaże bohaterskich Polaków, stawiających czoła „okrutnym Irakijczykom”, którzy po trzech dniach i nocach odpierania ataków, zaskakują wroga i wygrywają bitwę o City Hall. Film Łukaszewicza zamiast dumy, napawa jedynie ostrożnym optymizmem, że kino polskie zwróci się w końcu w kierunku bardziej widowiskowego kina, które w polskich realiach ma szansę przebicia tylko wtedy, gdy sami twórcy uwierzą, że Polacy mogą zwyciężyć.

„Morderstwo pierwszego stopnia” – recenzja

Pascal powiedział: „Istnieją dwa rodzaje ludzi: sprawiedliwi, którzy uważają siebie za grzeszników, i grzesznicy, którzy uważają siebie za sprawiedliwych.”.

Alcatraz – „więzienna twierdza” amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, goszcząca takie sławy, jak choćby Al Capone. Jednym z mniej znanych więźniów na wyspie był Henri Young, drobny złodziejaszek, który by uchronić siebie i siostrę przed głodem, ukradł 5 dolarów z poczty. Henri’ego czekała teraz długa odsiadka w najlepiej strzeżonym więzieniu w Stanach – Alcatraz. Nie mogąc znieść więziennych warunków, Henri wraz z kilkoma innymi więźniami próbuje uciec. Niestety, skazańcy szybko zostają powstrzymani. Kilku z nich zostaje zabitych, a Henri’ego czeka odsiadka w więziennym karcerze. Regulaminowe 19 dni w podziemiach, zamienia się w ponad trzyletni pobyt w ciemności i strachu, podczas którego Henri popada w obłęd. Torturowany i poniżany przez zastępce naczelnika Miltona Glenna (Gary Oldman), Young z każdym dniem coraz bardziej zagłębia się w szaleństwie i amoku. Gdy tylko wychodzi z izolacji, zabija więźnia, który doniósł na niego podczas próby ucieczki. Henri zostaje postawiony przed sądem i oskarżony o morderstwo pierwszego stopnia, za co grozi mu kara śmierci. Jego obrony podejmuje się świeżo upieczony adept prawa, ambitny James Stamphill (Christian Slater). Prosta i z pozoru oczywista sprawa, z biegiem czasu, staje się zadrą w oku całego systemu więziennictwa oraz funkcjonariuszy pracujących w Alcatraz.

Dramatyczny i poruszający film Marca Rocco, „Morderstwo pierwszego stopnia” to przerażający obraz pokutnej drogi jaką skazany jest przejść Henri Young, chłopiec którego widmo biedy i głodu doprowadziło do zimnych podziemi więzienia Alcatraz. W mroku i samotności, Henri coraz szybciej traci kontakt z rzeczywistością, która w miarę upływu czasu staje się dla niego całkowicie obca. Temida zdaje się być głucha i ślepa, zarówno na niewspółmierność winy do kary Henri’ego, ale także na sadystyczne zapędy funcjonariuszy prawa, którzy zamiast resocjalizować i nawracać skazanych ze złej ścieżki nieprawości, łamią ich charaktery, uniemożliwiając powrót do społeczności, która w cichym przyzwoleniu trwa przy oprawcach w więziennych mundurach. Gehenna, na którą skazany jest Henri, wywołuje w nim dotąd niewidoczne, mordercze instynkty, udowadniając tym samym, że człowiek nie rodzi się mordercą; to środowisko kształtując jego losy, w znaczący sposób definiuje jego samego oraz jego zachowanie. Nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że głównym podejrzanym w całej sprawie, nie jest bezpośrednio Milton i jego gwardia , lecz sam system, który z przemocy uczynił główny atrybut władzy. Alcatraz, jako arena niesprawiedliwości, staje się miejscem pojedynku, dwóch, skrajnie różnych ludzi. Postaci Miltona i Jamesa stworzono na bazie kontrastu. Naczelnik Glenn to człowiek pozbawiony skrupułów, którego znakiem rozpoznawczym jest stosowanie przemocy i zastraszanie. W jego mniemaniu jest sprawiedliwym sędzią, który musi karać za łamanie prawa i dawać lekcje tym wszystkim, którzy próbują zmienić, narzucony przez niego, rygor. James, z kolei, to idealista, który z całą swą naiwnością wierzy, że można zbawić świat, jeżeli tylko dostatecznie się o to postaramy; Stamphill jest w stanie poświęcić wiele, aby uchronić innych przed złem i niesprawiedliwością, nawet wtedy, gdy między winą a prawdą nie można postawić znaku równości. Milton i James, niczym żywcem wyjęci z biblijnej prozy, Goliat i Dawid, toczą bój o duszę Henri’ego; jeden z nich chce go wepchnąć do mroku, podczas gdy drugi chce go z tego mroku wydostać.

Kluczem do sukcesu filmu Rocco jest bez wątpienia obsada. Kevin Bacon, wcielający się w postać torturowanego Henriego, wykonał fenomenalną pracę. Oglądając film, nawet przez moment nie miałam wątpliwości, kogo widzę na ekranie; Bacon stał się Henrim, przez co dramat tej niezwykle autentycznej postaci, daje się odczuć ze zdwojoną siłą. Gary Oldman jako sadystyczny Milton Glenn sprawdza się fantastycznie; ze swoim „pustym”, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem uwydatnia jedynie te wszystkie, negatywne cechy, którymi obdarzyli Miltona scenarzyści. Christian Slater, wcielający się w postać młodego, nieopierzonego mecenasa prawa, dzięki swej delikatnej urodzie uwiarygadnia jedynie swojego bohatera, który w świecie politycznych układów, nie czuje się nad wyraz komfortowo. W zasadzie, poza tą znakomitą trójką, na ekranie nie da się zauważyć nikogo innego; Bacon, Oldman i Slater grają w filmie pierwsze skrzypce – reszta jest tylko przystawką.

„Morderstwo pierwszego stopnia” to sprawnie zrealizowany i doskonale napisany film, z nieprzeciętną obsadą i grą aktorską, zasługującą na najwyższe uznanie. Sama fabuła wprawia w osłupienie i nie daje nam szansy na odejście od telewizora. Przejmujący, wzruszający i nie pozostawiający nikogo obojętnym – taki powinien być rasowy dramat, a „Morderstwo pierwszego stopnia” spełnia wszystkie te kryteria. Owszem, film był opatrzony łatką „inspirowany prawdziwymi wydarzeniami”, ale z rzeczywistością miał niewiele wspólnego (jedynie postać grana przez Slatera faktycznie istniała, ale cała historia to już jedynie filmowa fikcja). Gdy odsunie się to na bok i będzie się pamiętać, że to film, a nie para dokument, seans upłynie pod znakiem niesłabnącego przejęcia i troski o losy głównej postaci, bo Henri Young to nietuzinkowy bohater, który z powodzeniem, mógłby powtórzyć po Williamie Wallace’ie: „Mogą odebrać nam życie, ale nigdy nie odbiorą nam naszej wolności”.

”Marsjanin” blu ray recenzja

Recenzja wydania blu ray filmu ”Marsjanin”

O filmieMarsjanin” (The Martian) to film w reżyserii Ridley’a Scott’a (Obcy, Gladiator, Prometeusz), scenariusz do filmu napisał Drew Goddard (Daredevil). Film został obsadzony bardzo mocną obsadą aktorską, rola główna przypadła Matt’woi Damon’owi w pozostałych rolach wystąpili: Jessica Chastain, Kristen Wiig, Jeff Daniels, Michael Pena, Sean Bean, Kate Mara. Chiwetel Ejiofor, Sebastian Stan, Aksel Hennie. W polskich kinach ”Marsjanin” był grany od 2 października 2015 roku.

marsjanin_bluray_screenshot_maly_1Zarys fabularny w skrócie prezentuje się następująco, po awaryjnej ucieczce z Marsa grupy ekspedycyjnej jeden z kosmonautów zostaje uznany za martwego, wkrótce po tym okazuję się iż ów ”martwy kosmonauta” jest żywy i pozostaje sam sobie na Marsie…

marsjanin_bluray_screenshot_maly_2Wydawałoby by się iż film będzie bardzo nudny jednak to nie prawda, świetna kreacja aktorska Matta Damona (nominacja do Oscara zasłużona) i świetnie wplecione wątki komediowe w całą gehennę naszego głównego bohatera, także podczas seansu się nie nudzimy :D. Technicznie film bardzo dobrze zrealizowany, piękne zdjęcia i bardzo realistyczne odtworzenie czerwonej planety. Jedno co mi się nie podobało to za bardzo przewidywalny scenariusz oraz wątki hołdujące amerykanów na wyżyny ich moralności, rzygać się chce…

8,5

o wydaniuMamy do wyboru podajże dwa wydania filmu ”Marsjanin” na blu ray, standardowe wydanie w amarayu z jedną płytką blu ray z filmem w wersji 2D oraz kolekcjonerskie wydanie w steelbooku z dwoma płytkami blu ray (film w wersji 2D oraz 3D).

Najwyższa jakość dźwięku otrzymana z wydaniem blu ray filmu ”Marsjanin” to bezstratny angielski DTS-HD Master 7.1, otrzymujemy także polskiego lektora (DD 5.1) oraz polskie napisy do wyboru. Format obrazu to 2:40:1 (16:9).

Studio 20th Century Fox
Czas trwania 2:21:37
Format obrazu 2:40:1 (16:9)
Rozdzielczość 1080p / 23,976 fps
Formaty audio Angielski DTS-HD Master 7.1,
DD 5.1 Audio – polski (lektor)i inne.
Napisy angielskie, polskie / i inne
Dystrybutor w Polsce Imperial CinePix
Premiera Blu-Ray w Polsce 19.02.2016
Region A-B-C
marsjanin blu ray
Okładka blu ray filmu ”Marsjanin” (wydanie na jednej płycie blu ray)
Marsjanin steelbook blu ray
Okładka steelbook’a blu ray filmu ”Marsjanin” (wydanie na dwóch płytach blu ray)
dodatki
dodatki

Wraz z wydanie blu ray filmu ”Marsjanin” otrzymujemy szereg dodatków jak poniżej, dodatki są dostępne z polskimi napisami z oryginalną ścieżką dźwiękową (angielską):

  • Sygnał nawiązany: scenariusz i reżyseria
  • Na Marsie: casting i kostiumy Gagi
  • Ares III: pożegnanie Silny charakter
  • Ares: nasza największa przygoda
  • Pozostaw swój znak
  • Sprowadźcie go do domu
  • Galeria

Dodatki w sumie trwają około 62 minuty, co jest całkiem przyzwoitą ilością.

6

ObrazŚrednie kodowanie obrazu AVC video bitrate wynosi 27 Mbps. Format obrazu wydania blu ray filmu ”Marsjanin” to 2:40:1 (16:9).

Odwzorowanie czerwonej planety jest na najwyższym poziomie, ciekawy filmowy filtr uwydatniający czerwień/pomarańcz potęguje ten efekt. Czystość obrazu jest celująca, szczególnie to widać podczas szerokich widoków które są rewelacyjne i są wizualną ucztą dla naszych oczu, naprawdę rewelacja.

Podczas oglądania nie miałem okazji zobaczyć nawet minimalnych spadków jakościowych, prezentacja video jest perfekcyjna i zasługuje na najwyższą ocenę.

10

Dźwięk

Najwyższa bezstratna jakość dźwięku w wydaniu to angielski DTS HD Master 7.1 charakteryzujący się średnim kodowaniem bitrate 5 Mbps.

Dialog dominuje w głównej mierze na naszych frontowych panelach. Świetnie odwzorowanie różnego rodzaju warunków atmosferycznych podczas których nasze głośniki oraz sub dają czadu i funkcjonują naprawdę świetnie. W niektórych sekwencjach czujemy się jakby nasz salon był właśnie centrum akcji filmu. Podczas oglądania nie usłyszałem żadnych spadków, zgrzytów jakościowych, ścieżka audio jest rewelacyjna i referencyjna.

10

Chciałbym również wspomnieć o świetnej i odważnej ścieżce dźwiękowej, szczególnie zapadła mi w ucho piosenka zatytułowana ”Starman” autorstwa davida bowiego.

werdykt”Marsjanin” to jak dla mnie pozytywne filmowe zaskoczenie zeszłego roku, po ostatnich wpadkach Ridleya Scotta nie spodziewałem się że zrobi aż tak dobry film.

Wydanie Blu-Ray pod względem obrazu/dźwięku palce lizać, ilość dodatków jest zadowalająca, fani formatu Blu-Ray zdecydowanie powinni film nabyć jak i również fani dobrego kina!

warto również film zobaczyć z ciekawości czy postać grana przez Sean’a bean’a dotrwa do końca filmu!

Zachęcam także do sprawdzenia naszych pozostałych recenzji blu ray oraz filmów, tutaj link – recenzje.