Recenzje Filmów

„Wilk z Wall Street”

„Wilk z Wall Street” jako studium człowieka

wilk_z_wallstreet

Zastanawiając się nad tym, co napisać w tej recenzji, doszłam do wniosku, że generalnie o filmie „Wilk z Wall Street” napisano i powiedziano już tyle, że pomysł pisania kolejnej analizy filmu Scorsese wydaje się być, delikatnie mówiąc, niemądry, o ile nie bezcelowy. Postanowiłam więc, że nie będę pisać o tym, o czym już większość wie. O tym, że „Wilk z Wall Street” to niekończąca się impreza z morzem alkoholu, tabunem prostytutek i tonami koksu. Nie będę pisać o tym, że Jordan Belfort, złote dziecko Wall Street, to chciwiec, bez kszty umiaru czy pokory. Pominę też Leonarda DiCaprio, który wcielając się w postać hedonistycznego cynika, udowodnił nareszcie wszystkim, wszem i wobec, że Titanic już dawno zatonął, a on ma tyle talentu, że mógłby nim obdarować kolejne pokolenie filmowej elity. Nie nadmienię także o świetnie dobranej obsadzie drugoplanowej (bo poza DiCaprio nikt nie jest na pierwszym planie), z psychopatycznym Jonah Hill’em i ujmującym swą pazernością w roli bankiera, Jean’em Dujardinem. Nie, tego nie napiszę. Nie napiszę także o Matthew McConaughey, który choć pojawia się w filmie na kilka minut, hipnotyzuje wręcz grą ( a raczej improwizacją) aktorską, przyćmiewając na moment Leonarda. Nie będę też nadmieniać o świetnej muzyce, narracji oraz genialnym montażu. Napiszę natomiast o samym Scorsese oraz o tym, że w jego filmach najważniejsza jest osoba, o czym w wielu analizach zapomniano. Można mówić i zarzucać reżyserowi, że „Wilk z Wall Street” jest tak przesiąknięty wulgarnością i narkotykami, że w zasadzie ciężko jest wykrzesać sens całej opowieści, ale powiedzieć, że „Wilk z Wall Street” to tylko seks i mamona, to tak jakby powiedzieć, że „Aviator” to film o lotnictwie. Tu przede wszystkim liczy się postać; człowiek z krwi i kości, ze wszystkimi swoimi ułomnościami i problemami, kryjący się za fasadą tej hucznej balangi.

Począwszy od „Ulic nędzy”, przez „Taksówkarza”, „Wściekłego byka”, „Chłopców z ferajny”, „Kasyno”, „Aviatora”, a na „Wyspie tajemnic” i właśnie „Wilku…” kończąc, Scorsese udowadnia nam wszystkim, że jest mistrzem ukazywania, często tragicznych w skutkach, wyborów i decyzji jakie podejmują postaci przedstawione w większości jego filmów. Są to jednostki kompletne, z całą paletą zalet i wad, które znajdują się w mało sprzyjających środowiskach czy okolicznościach. Scorsese to przede wszystkim behawiorysta, który ukazuje nam, często najmroczniejsze, zakamarki ludzkiej natury i za każdym razem, niczym mędrzec, nie dokonuje wyborów za nas; nie wskazuje nam paluszkiem na to co jest dobre, a co złe. To nam pozostawia ocenę bohatera i uporanie się z tym czy jego postępowanie zostało ukarane tak, jak faktycznie na to zasłużył i czy zostało ukarane w ogóle.

Reżyser, w analityczny sposób, rozkłada człowieka na części pierwsze, aby pokazać nam, że poza „czernią i bielą” istnieje wiele szarości i każdy z nas może postawić się na miejscu postaci ukazanej w filmie. To cecha tylko tych wielkich a Martin Scorsese na pewno do nich należy, bo tylko oni, bez kompleksów i skrępowania, pokazują nam prawdę o nas samych. Prawdę, z którą nie musimy się zgadzać, ale z którą wszyscy musimy się zmierzyć. Bo bądź co bądź, każdy z nas chciałby być Jordanem Belfortem, ale z czystej przyzwoitości (a raczej hipokryzji), praktycznie nikt się do tego nie przyzna.

Moim zdaniem „Wilk z Wall Street” to film, który trzeba zobaczyć. Nic dodać, nic ująć.