Recenzje Filmów

„Whitney” – recenzja

Trzy lata. Tyle przyszło nam czekać na pierwszy (i zapewne nie ostatni) film biograficzny poświęcony Whitney Houston pt. „Whitney”. Na krześle reżyserskim zasiadła Angela Bassett, zaopatrzona w scenariusz mało znanego Shema Bittermana oraz równie anonimową obsadę. Tylko jedno dawało szansę na pełny sukces – Whitney Houston. Ikona muzyki lat 80-tych i 90-tych, odtwórczyni wielu zapadających w pamięci ról filmowych, w tym u boku Kevina Costnera w „Bodyguardzie” czy „Żonie pastora” z Denzelem Washingtonem. Houston to zdobywczyni 400 nagród oraz artystka, która sprzedała 170 mln płyt. Powiedzieć, że Whitney Houston była gwiazdą to mało; ona była zjawiskiem. Niepowtarzalna skala i barwa głosu uczyniły z niej jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek wszech czasów. Niestety, życie prywatne artystki nie było pasmem radości i sukcesów. Uzależnienie od alkoholu i narkotyków zrujnował zarówno jej głos, jak i jej karierę, a w konsekwencji doprowadziły do jej śmierci. Chwały Houston nie przyniósł także burzliwy związek z ojcem jej jedynego dziecka, Bobbym Brownem. Wielu fanów oraz rodzina Whitney po dzień dzisiejszy obwiniają Browna o sprowadzenie utalentowanej, młodej Whitney, na ciemną drogę z przemocą, libacjami i narkotykami. I właśnie o tym miał z założenia opowiadać film Angeli Bassett, która (tak mniemam) starała się ukazać drogę Houston do załamania kariery oraz do przedwczesnej śmierci. Niestety, z minuty na minutę trwania tego wątpliwej klasy dzieła, coraz bardziej miałam wrażenie, że film wcale nie opowiada o Whitney, a o Bobbym Brownie, który podejmuje desperacką próbę rozgrzeszenia z błędów przeszłości. Skąd inąd jednak, patrząc na nagonkę pod jego adresem i oskarżenia o to, że w znacznym stopniu przyczynił się do śmierci artystki, film wydaje się rzucać nowe światło, tak na samą Whitney i jej zachowanie, jak na związek z Bobbym. Wynika z niego jednoznacznie, że to Houston „wepchnęła” swojego męża w narkotyki, bo brała na długo przed tym, gdy zaczęła spotykać się z Brownem.

Z pewnością nie można zarzucić filmowi stronniczości, bo i na męża piosenkarki spadają gromy za niewierność i nadużywanie alkoholu. Jednocześnie jesteśmy światkami wielu sytuacji, w których Bobby, traktowany jest, przez dąsającą się i niepewną Whitney, jak przysłowiowe piąte koło, a jemu samemu wielokrotnie uświadamia, kto tutaj jest prawdziwą gwiazdą. Niestety, niedowartościowany Bobby, z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że nigdy nie „dogoni” swojej żony, w pogoni za sławą, co wpędza go nieuchronnie w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, które w miarę upływu lat, zaczyna przyjmować wraz ze swoją żoną. Z owocnych początków kariery utalentowanego Browna, po kilku latach małżeństwa z Whitney, pozostają już jedynie strzępy. To na Houston spada odpowiedzialność za byt i przyszłość Kristi, jaki i samego Browna.

Patrząc na związek tych dwojga artystów, nie tylko na podstawie relacji Bassett, można powiedzieć, że Whitney i Bobby to była idealna para, ale jednocześnie należeli do tej grupy osób, która będąc razem, doprowadziła się do totalnej destrukcji, tak fizycznej, jak i psychicznej. Nie można powiedzieć, że Brown i Houston nie darzyli się miłością, bo darzyli i to wielką, ale właśnie to, płomienne niegdyś uczucie, całkowicie ich przerosło. Jednakże, pomimo narastających problemów w życiu rodzinnym, Houston (zapewne do końca) pozostała profesjonalistką. Gdy wychodziła na scenę, była pełną energii, uroczą i czarującą artystką, która dzięki swojemu głosowi, potrafi zrobić wszystko.

Sam film natomiast, w dość nieudolny i powierzchowny sposób starał się uwidocznić kontrowersje z życia Whitney Houston oraz w pewien sposób dać kłam temu, co pisano po śmierci artystki o jej mężu Bobbym. Osobiście, nie jestem fanką laurkowych filmów biograficznych, ale w mojej ocenie film Angeli Bassett przekroczył granicę dobrego smaku, tym bardziej, że zaraz po projekcji filmu, rodzina artystki apelowała do twórców, aby nie emitowano tego filmu. Sądzę, że są pewne granice, które Bassett niechcący przekroczyła.

Muszę podkreślić też jedną, bardzo ważną kwestię. Każdy kto obejrzał ten film, bez trudu wytknie mu wiele błędów i niedociągnięć od strony technicznej, jak i prostą i nazbyt dosłowną fabułę, która na dodatek nie ukazuje całego obrazu sytuacji, wybierając jedynie, w dość chaotyczny i niedbały sposób, fragmenty z życia Whitney tak, aby wpasowały się w myśl przewodnią filmu. Zapewne fani artystki, podobnie jak jej rodzina, byli oburzeni tym, co zobaczyli na ekranie, protestując przed ukazaniem takiego obrazu z życia Houston oraz pobłażliwe potraktowanie Bobby’ego, którego uważają za zło wcielone i sprawcę wszystkich problem w życiu Whitney. Co jednak jest atutem tego filmu? Oczywiście muzyka autorstwa Whitney, ale w mojej ocenie przede wszystkim obsada. Paradoksalnie, nieznane twarze odtwórców głównych ról czyli Yaya DaCosty oraz Arlena Escarpeta’y, mogły przynieść filmowi sukces, przy dobrej podstawie scenariuszowej. Podobnie, jak było to w przypadku Angeli Bassett i Laurence’a Fishburne’a, którzy szerszej widowni byli mało znani, gdy zobaczyliśmy ich w roli Tiny i Ika Turnerów w filmie „Tina” Briana Gibsona. W tym przypadku, niewiele mówiące nazwiska obsady spowodowały, przy dobrze skonstruowanym scenariuszu, że zarówno Bassett, jak i Fishburne nie stworzyli kolejnych kreacji aktorskich – oni stali się Tiną i Ikiem i byli z nim utożsamiani na długo po emisji filmu. Niestety, słaby scenariusz, niski budżet i kiepska reżyseria filmu „Whitney” sprawiły, że pierwszy film o megagwieździe, jaką niewątpliwie była Whitney Houston poniósł druzgocącą porażkę. Może na to wszystko było za wcześnie, a może wystarczyło ukazać to, co było istotą życia artystki czyli muzykę, zamiast melodramatu na poziomie programu Jerry’ego Springera? A tak? Dostaliśmy marny film, o którym w niedługim czasie zapewne wszyscy zapomną. Wielka szkoda.