„Moneyball” – recenzja

Przewidywania, przypuszczenia i obawy – z takim „pakietem” rozpoczynam każdy seans z filmem, który widzę po raz pierwszy. Na podstawie informacji z internetu mogę niejako przewidzieć, czy film jest dla mnie czy nie, później na bazie różnych opinii buduję wyobrażenie o filmie a następnie wkrada się obawa czy film jest aż tak zły czy aż tak dobry, jak z zasłyszanych informacji można wnioskować. W dobie dzisiejszego społeczeństwa informacyjnego o filmie, który nawet nie miał jeszcze krajowej premiery, można dowiedzieć się tyle, że czasami nie trzeba go oglądać, aby móc powiedzieć o nim wszystko. Osobiście, należę do tej grupy osób, która nie czyta recenzji przed seansem, bo często niestety zdarza się, że może ona w znaczący sposób wpłynąć na oddalenie terminu seansu z filmem lub przekreślić taki seans w ogóle.

„Moneyball” należał do niedawna do tej niewielkiej grupy filmów, o którym wiedziałam jedynie, że jest o sporcie, zapewne amerykańskim, i że gra w nim Brad Pitt i P.S. Hoffman. Nie wiedziałam natomiast, że jest na faktach, że jego reżyserii podjął się Bennett Miller, że duet Aaron Sorkin („Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network”) i Steven Zaillian („Przebudzenia”, „Lista Schindlera”, „Dziewczyna z tatuażem”) napisali scenariusz, a jedną z głównych ról zagrał w nim Jonah Hill, o którym nie miałam pochlebnej opinii, aż do seansu z „Wilkiem z Wall Street” oraz właśnie “Moneyball”. Czasami taka niewiedza o filmie może owocować bardzo udanym seansem i uczciwym osądem, nie poprzedzonym uprzedzeniami i mylnym nastawieniem. Nie inaczej było z filmem „Moneyball”, z którym seans upłynął mi pod znakiem niemalejącego podziwu i przyjemności.

„Moneyball” to coś więcej niż zgrabna opowieść o tym, że pieniądze rządzą współczesnym światem sportu i że małe drużyny i kluby, nie są w stanie stawić czoła o wiele hojniej obdarowanym konkurentom. „Moneyball” to film przede wszystkim o człowieku, a jest nim Billy Beane , postać całkowicie obca nam Europejczykom, za to Amerykanie znają go bardzo dobrze. Beane to były zawodnik ligi baseballu, aktualnie przywódca skautów i menadżer klubu Oakland Athletics. Jego celem jest dojście do finałów i wygrana. Niestety, kolejne porażki w dosadny sposób uświadamiają Billy’emu, że z silniejszym (czytaj: „bogatszym”) nie wygrasz, nawet jeżeli będziesz się dwoił i troił. Zdesperowany i słabszy o kolejnych, podkupionych przez konkurencję zawodników, Billy postanawia zerwać z utartymi schematami i odwołać się do nowatorskich, matematycznych metod doboru odpowiednich zawodników do drużyny. Sojusznikiem Billy’ego w wytaczaniu nowych trendów w skostniałym świecie baseballu staje się młody absolwent ekonomii, Peter Brand (Jonah Hill). To on stworzył program, w którym jest w stanie wyliczyć, na bazie osiągów zawodników, ich przydatność dla drużyny. Świat baseballu rządzi się jednak swoimi, sztywno utartymi regułami, które są materią nad wyraz odporną na zmiany, tym bardziej jeżeli próbuje to zrobić menager nisko notowanej drużyny we współpracy z żółtodziobem – ekonomistą. Przeciwni są wszyscy, od trenera (P.S. Hoffman), który na każdym kroku uświadamia Billy’emu, że zarządzenie drużyną to jego działka, po działaczy ligi oraz „doświadczonych” skautów, którzy dobierali zawodników na długo przed tym, jak Billy zaczął raczkować. Głusi na wszelkie nieprzychylne opinie, Billy i Peter starają sie stworzyć drużynę, która będzie w stanie konkurować z tymi wielkimi, najlepszymi.

„Moneyball”, wraz ze swym przewrotnym tytułem opowiada o tym, o czym wszyscy wiedzą, ale nikt nie chcę powiedzieć tego głośno. Sportem rządzi kasa. Duża kasa. Jedne kluby są bogatsze, inne biedniejsze, ale reszta rozgrywa się już według zasad fair play. Uczciwe? Nie. Prawdziwe? Jak cholera. „Moneyball” uniknął jednak skupienia oka widza wyłącznie na sporcie i jego problemach. Na pierwszym planie mamy za to Billy’ego, niespełnionego baseballistę z wielkimi marzeniami. Dzięki świetnej, aktorskiej kreacji Brada Pitta, postać Billy’ego wypada niesamowicie autentycznie. Nieco zgorzkniały, ale pełen pasji i zapału, Billy to postać niezwykle inspirująca. Miłość do baseballu, Billy wkłada we wszystko co robi; wszak baseball to sport romantyczny. Mimo, że Beane non stop dostaje baty, raz za razem się podnosi, by następnego dnia zaparzyć kawę, wykonać parę telefonów i walczyć dalej. Jedyną osobą, a zarazem pomysłodawcą nowatorskiego podejścia do baseballu jest Peter (świetna kreacja Jonah Hilla), chłopaka z zupełnie innej bajki niż Billy. Peter, podobnie jak Beane jest inteligentny i zawzięty. Jedyna różnica między nimi jest taka, że Peter nijak nie pasuje do świata baseballu, ze swoimi tabelkami i statystykami. Samym wyglądem wprawia w zakłopotanie wiekowych skautów, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Dla nich baseball to nadal przede wszystkim zawodnicy i świetna intuicja, która musi cechować każdego, dobrego skauta. Przyszłość, która nadeszła wraz z Billy’m i Peterem, to późniejsza teraźniejszość świata baseballu. Tych dwóch ludzi na zawsze zmieniło oblicze sportu i baseballu jako takiego.

Bennett Miller w mojej ocenie stworzył film wybitny. Film, który przy jednoczesnym traktowaniu o sporcie, nie stał się filmem stricte o nim. Duża w tym zasługa scenariusza i dialogów, ale także, a może przede wszystkim aktorów, którzy kolejny raz w filmie Millera, kreują postaci, zasługujące na niejedną nagrodę i wyróżnienie. Ciekawą rzeczą jest fakt, że Bennett Miller nakręcił w swoim życiu tylko cztery filmy – „The Cruise”, „Capote”, „Moneyball” i „Foxcatcher”. Pierwszego filmu nie widziałam, wiem tylko, że to dokument, ale pozostała trójka to filmy nieprzeciętne, z genialnymi kreacjami aktorskimi i perfekcyjnie napisanymi scenariuszami. Bennett Miller, może i nie należy do najpłodniejszych twórców, ale należy za to do tych, którzy jak coś robią to przede wszystkim używają do tego głowy i wyobraźni. Wszystkie filmy tego reżysera polecam bez obaw, stawiając jednocześnie „Moneyball” na pierwszym miejscu w zestawieniu najlepszych filmów Bennetta Millera. Ten film to uczta zarówno dla oka, jak i ucha, istna filmowa fiesta. Tylko głupiec nie oglądnąłby tego filmu.