Recenzje Filmów

„Marsjanin” – recenzja

Ridley Scott wielkim reżyserem JEST. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Owszem, zdarzały mu się wpadki, jak choćby „Exodus…”, nabuzowany gwiazdami „Adwokat” czy źle przyjęty „Prometeusz” (który mi osobiście się podobał), ale Scott to jeden z tych reżyserów, którego filmy będzie się wspominać na długo po śmierci artysty i zapewne kilka jego obrazów, znajdzie się w niejednym rankingu „Top Wszechczasów. Wystarczy wymienić takie filmy jak „Thelma i Louise”, mroczny kryminał „Czarny deszcz”, wyśmienitego „American gangstera” czy epickiego „Gladiatora”. Nie można jednak nie wspomnieć przede wszystkim o najgenialniejszym dziecku Ridleya czyli o „Alienie” i choć „Marsjanin” jest zgoła innym filmem od „Obcego”, to jednocześnie ma z nim wiele wspólnego. Fakt, „Alien” jako film z lat 70-tych to dzieło pionierskie, niemal inżynieryjne, ale tym co przede wszystkim cechuje zarówno „Marsjanina”, jak i „Aliena” to prostota. Proste, sterylne i nienachalne kadry, prosta fabuła, nieskomplikowana narracja, a wykonanie na najwyższym poziomie. Nie ma tu przepychu „Adwokata” czy nachalności „Exodusa”. Dostajemy produkt doskonały, gotowy i podany w najlepszy z możliwych sposobów.

Sukces „Marsjanina” nie leży jednak tylko po stronie scenarzysty i reżysera. Obsada, a w szczególności rola głównej postaci, podobnie jak w „Obcym”, nadaje ostrości i pełnego, emocjonalnego wyrazu. Matt Damon jako Mark Watney spisuje się fenomenalnie i daje kłam tym opinią, które niesprawiedliwie skazywały go na dogorywanie w filmach akcji. Mark to bohater idealny: przystojny, umięśniony, inteligentny i odważny, a dzięki Damonowi „Marsjanin” zamiast być filmem o facecie, który sadzi ziemniaki, staje się obrazek o człowieku z krwi i kości, dla którego pechowy dzień nadszedł i zdarzył się właśnie na Marsie. Na skutek burzy piaskowej, Mark zostaje ranny i znika reszcie ekipy z pola widzenia, a ta sądząc, że Mark nie żyje, ewakuuje się z piaszczystej planety w pośpiechu, zostawiając Marka w środku piaskowego armagedonu. Gdy nastaje świt, Mark orientuje się, że został sam, na „bezludnej planecie”, a kontakt z ziemią jest znacznie utrudniony. Przy niewielu zapasach żywności, Watney postanawia stawić czoła wyzwaniu i przeżyć za wszelką cenę. Dzieli racje, sadzi ziemniaki na ludzkim gównie i czeka na zbawienie. Tak w skrócie można opisać kilkadziesiąt pierwszych minut filmu, które mijają w oka mgnieniu. Wierzcie mi, ten ponad dwugodzinny seans upłynie, zanim się zorientujecie. A to najważniejsze przy ponad 90 minutowych „kolosach”; coś musi w nich zaskoczyć i to zaskoczyć na tyle szybko i intensywnie, aby starczyło na resztę seansu. Ridley zadbał o brak nudy kilkoma, naprawdę śmiesznymi gagami i dialogami, a zabawa ze zmienianiem ujęć to z łazika, to z hełmu daje, temu dość statycznemu obrazowi odrobinę lekkości. Muszę nadmienić także o plejadzie gwiazd na drugim planie, bo jak to zwykle w filmach Scotta bywa, jest ich co niemiara. Jest tu Kate Mara i Jessica Chastain, jako członkowie załogi statku kosmicznego Marka oraz Kristen Wiig, Jeff Daniels, Sean Bean i Chiwetel Ejiofor jako ekipa z NASA, ale „Marsjanin” to film przede wszystkim Matta Damona, który dzięki swojemu ujmującemu wyglądowi, unika skojarzeń z ciapowatym pracownikiem FedEx-u, który gada z piłką na bezludnej wyspie. Zamiast tego buduje obraz typowego Amerykanina, który zakasuje rękawy, ociera łzy i bierze się do pracy. Trudne? Tak. Nierealne? Nie. Mark Watney to doskonałe połączenie Jamesa Bonda z Macgyverem i choć film jest dość przewidywalny, a większość widowni bez trudu domyśli się finału, to i tak Ridley stworzył film niezwykle przejmujący, balansując zgrabnie między dramatem a komedią.

„Marsjanin” nie jest na pewno dziełem wizjonerskim, jakim był „Obcy”, ale to film, dzięki któremu reżyserzy, tacy jak choćby Michael Bay zrozumieją, że mniej „fiction”, a więcej „science” może skutkować doskonałym obrazem, plasowanym ponownie w czołówce najlepszych filmów wszech czasów, a sam Ridley na pewno nie powiedział ostatniego słowa, udowadniając, że nie można spisywać go na straty.