„Magic Mike XXL” – recenzja

„Magic Mike XXL” to druga część opowieści o piątce uroczych striptizerów z Miami. Mike (Channing Tatum), Richie (Joe Manganiello),Tito (Adam Rodriguez), Ken (Matt Bomer) i Tarzan (Kevin Nash) urządzają wspólną podróż, by wziąć udział w corocznym konwencie striptizerów z okazji obchodów 4 lipca. Ma to być to ich ostatni, wspólny występ przed przejściem na zasłużoną, „striptizerską” emeryturę. Z każdym przejechanym kilometrem, droga coraz bardziej się komplikuje…

„Magic Mike XXL” to petarda humoru i nagości przeznaczona wyłącznie dla Pań, pełnoletnich Pań oczywiście. W przeciwieństwie do poprzedniej części, która poświęcała sporo miejsca na historie poboczne, „Magic Mike” w wersji EXTREME opowiada niemal wyłącznie o piątce umięśnionych przyjaciół, którzy ku uciesze tabuna kobiet, chętnie ściągają koszulki i prężą muskularne torsy. Muszę przyznać, że zawsze śmieszy mnie, gdy ktokolwiek doszukuje się w tego rodzaju filmach drugiego dnia, jakiejś batalii moralnej czy górnolotnych przemyśleń. Pozbawię wszystkich złudzeń. Zarówno pierwszy Mike, jak i zeszłoroczny następca to filmy rozrywkowe i tylko w takich kategoriach należy je rozpatrywać. Jakakolwiek inna próba interpretacji sprawi zawód widzom, a sam film skaże na nieuniknioną porażkę. O ile jednak w pierwszej odsłonie „Magic Mike’a” w reżyserii Soderbergha da się wyczuć odrobinę goryczy, o tyle w drugiej części nie ma po niej ani śladu. To pogodna i nieco naiwna opowieść o przyjaźni i życiu piątki facetów, którzy w obawie przed mijającym czasem, postanawiają jeszcze raz nieźle się zabawić.

„Magic Mike XXL” to energetyczny, pogodny film z dużą dawką męskiej nagości, co cieszy nie tylko oko. Powszechnie wiadomo bowiem, że współczesne kino nie wstydzi się nagości, lecz tyczy się to przede wszystkim kobiet, które co rusz możemy podziwiać, a to bez bluzeczki, a to bez majteczek, albo bez jednego i drugiego. Nagich ciał męskich, do niedawna, nie było nam dane oglądać, a już na pewno nie takich. Na szczęści pojawili się Królowie Tampy, którzy rozgrzewają do czerwoności i nie pozostawiają wiele miejsca wyobraźni. „Magic Mike XXL” to film, którego się nie ogląda. Na ten film się patrzy, bez mrugania oczami, aby przypadkiem nie przegapić jakiegoś smakowitego kąska. Owszem, może niektóre dialogi są obciachowe, może scenariusz i sama historia ma kilka dziur, ale kto tak na prawdę by się tym przejmował? Mi wszelkie braki rekompensuje tańczący Tatum i prężący swe boskie ciało Manganiello. W zasadzie, przez większą część filmu mogłabym nawet wyłączyć fonię… I tylko tak patrzeć, i patrzeć, i patrzeć…. Mam być szczera? Ten film warto oglądnąć choćby dla jednej sceny, która mnie osobiści powaliła na kolana. Scena, w której Big Dick Richie odstawia show na stacji benzynowej, w rytm piosenki Backstreet Boys… Bezcenne!