Recenzje Filmów

„Funny games” – recenzja

Haneke po austriacku, Haneke po amerykańsku czyli dwie wersje „Funny games”

funny games

Nie będę pisać o geniuszu Haneke, o jego kunszcie reżyserskim, bo uczciwie przyznam, że oprócz tych dwóch wersji filmu „Funny games”, nie widziałam ani jednego filmu tego austriackiego reżysera. Nie będę też porównywać obu wersji, bo najnormalniej w świecie nie w tym tkwi klu całej, dość kontrowersyjnej sprawy z filmem „Funny games”.

Dyskusja jaką wzbudza do dziś ten film, świadczy jednak o tym, że warto poświęcić mu choć kilka zdań. Może na początek kilka słów o fabule (będę tu powoływać się na wersję austriacką). Przy akompaniamencie muzyki klasycznej widzimy rodzinę Georga, który wraz z żoną Anną oraz synkiem Schorchim jadą autem do domku nad jeziorem. Dojeżdżając na miejsce, mijają posiadłość swoich przyjaciół, którzy w towarzystwie dwóch młodych chłopców grają w golfa. Po przyjeździe na miejsce, tata wraz z synkiem zajmują się łódką, a mama przygotowuje posiłek. W tym momencie do domu wchodzi jeden, z wcześniej widzianych młodzieńców o imieniu Peter, który prosi o kilka jajek dla swojej gospodyni. Po pewnym czasie dołącza do niego kolega, Paul. Tych dwóch, jak się zdaje elokwentnych i dobrze wychowanych młodych chłopców, po kolejnych ponagleniach do wyjścia z domu, stają się coraz bardziej nachalni i agresywni. I tu rozpoczyna się piekło rodziny, a może nie tylko jej?

„Funny games” to nie jest typowy thriller. Już sam tytuł może wskazywać na to, że nie mamy do czynienia z klasyką gatunku. Haneke staje się poniekąd niemym mędrcem, który chce ukazać społeczeństwu jego ułomność w mocno, jak mniemam jego zdaniem, zdeprawowanym świecie. Akcja tego filmu, już od samego początku, nie biegnie ścieżką utartą przez inne filmy gatunku. Co jednych widzów drażni a u innych może wywołać dysonans miedzy tym czego chcemy, a tym co dostajemy. A dostajemy tu niemałą dawkę przemocy, okraszoną dodatkami, które trudno jest znieść maniakom thrillerów. Niestety, a może i stety, dostajemy tu przedstawienie iście psychologiczne. Wszystkie konwenanse zostają podeptane przez reżysera, który dosłownie śmieje się widzowi w twarz. Poczynając od samych psychopatów, jak na dobry thriller przystało, którzy nie są typowymi złoczyńcami. To dbający o dobre maniery młodzi chłopcy, o których jednak niewiele wiemy. Nawet ich wygląd, stoi w opozycji do tego, jak wyglądają „typowi” przestępcy. Łagodna barwa odzieży, podobnie jak spokojny ton głosu i „nienaganne” maniery, kłócą się tu z brutalnym zachowaniem Paula i Petera, w stosunku do torturowanej przez nich rodziny. A i ta, nie jest typową rodziną, jaką często oglądamy w thrillerach czy innych filmach traktujących o przemocy. Wszyscy jej członkowie, a przede wszystkim ojciec Georg, wydają się mocno pasywni w stosunku do swoich oprawców, jakby od początku wiedzieli, co ich czeka. Wydają się wręcz nie mieć nadziei na to, że jakakolwiek walka odniesie skutek. Nawet gdy ginie Schorchi, rodzice jakby bez pośpiechu, bezowocnie starają się uratować siebie.

Przede wszystkim jednak mamy tu niespotykaną jak dotąd w thrillerze formę, która przeczy wszystkiemu temu, co wiemy o tym gatunku filmowym. Kilkukrotnie jeden z psychopatów patrzy się wprost na kamerę i zwracając się bezpośrednio do widzów, pyta czy taki obrót sprawy ich zadowala czy chcą wiedzieć, jak ta historia się zakończy. Mamy też inny zabieg, który całkowicie wytrąca widza z równowagi. Podczas przepychanek między Anną i Paulem, kobieta chwyta za broń i zabija drugiego z oprawców. To jednak nie koniec. Paul nerwowo odszukuje pilota do telewizora i cofa całą akcję, w której zginął jego kolega, by poprowadzić ją zupełnie inaczej. W drugiej odsłonie tej samej sytuacji Anna próbuje odebrać Paulowi broń, ale jej starania zostają szybko spacyfikowane. To kulminacyjny moment filmu. Tu staje się już jasne, że ofiarami tej makabrycznej zabawy nie są maltretowani bohaterowie, lecz widzowie.

Reżyser uświadamia nam, że mamy ambiwalentny stosunek do przemocy; choć większość z nas jest jej przeciwna, lubimy ją oglądać. Dzięki kilku, w gruncie rzeczy prostym zabiegom, Haneke zwraca uwagę na to, jak łatwo przychodzi ludziom oglądanie przemocy na ekranie i nawet mimo wyraźnego apelu do samych widzów, nie przestają oni oglądać, będąc wciąż ciekawymi tego, co się stanie na końcu. Chyba wszyscy bowiem, naiwnie oczywiście, liczyliśmy na to, że rodzina, a przynajmniej jeden z jej członków przeżyje, że przyjedzie policja, złapie psychopatów a całość zakończy się „happy endem”. Oczekiwaliśmy przynajmniej tego, że rodzina weźmie się w garść i podejmie próbę walki ze złoczyńcami albo, że dowiemy się dlaczego owi młodzieńcy w ogóle chcą zabić rodzinę. Nic z tych rzeczy. Nikt nie przychodzi na ratunek, rodzina poddała się walkowerem, a psychopaci nie mieli żadnego motywu, bo robią to tylko dla rozrywki. Czy kiedyś mieliśmy taki zestaw zaserwowany w jednym, mało strawnym widowisku? Chyba nie. Znamienne jest także to, co pod koniec filmu mówi Paul. Stwierdza on, że to, co widzimy w filmie, na ekranie jest realne, bo przecież na to patrzymy… Mimo tych słów, dalej oglądamy.

Uczciwie przyznam, że przegrałam, bo dopiero po seansie z dwoma wersjami tego filmu, doszłam do wniosku, że aby reżyserowi zaśmiać się w twarz i udowodnić mu, że nie miał racji, że nie jesteśmy żądni krwi, trzeba było wyłączyć film, już w momencie pierwszego zwrócenia się do kamery przez jednego z psychopatów. A więc, niestety jesteśmy słabi, skoro przemoc i mordowanie ludzi, przychodzi nam oglądać z taką łatwością, pomimo, że stoi to w sprzeczności z naszymi przekonaniami. Poniekąd dajemy ciche przyzwolenie na gloryfikowanie przemocy i poniekąd także stajemy się jej częścią. Niestety…