”Sausage Party” – recenzja filmu!

''Sausage Party''

Recenzja filmu ”Sausage Party”!

Film ”Sausage Party” to produkcja zbierająca wiele recenzji, spośród których niejedna prezentuje skrajne stanowisko. Nic w tym dziwnego – animacja twórców związanych przez lata z Disneyem miała na celu zaszokować widza i pozostawić w nim niezapomniane wrażenie. Można śmiało stwierdzić, że ten zamysł się powiódł, gdyż według opinii znakomitej większości kinomaniaków ”Sausage Party” to film, jakiego jeszcze nie było i już nie będzie.

''Sausage Party'' plakat kinowy
”Sausage Party” plakat kinowy

Sam pomysł stworzenia animacji dla dorosłych nie jest co prawda nowy, gdyż tego typu produkcji pojawiło się w ostatnich latach dość dużo – jednak przesycenie filmu erotyzmem, dewiacjami seksualnymi oraz olbrzymią ilością przekleństw przy niewinnym wyglądzie postaci spowodowało niezwykły i bardzo oryginalny efekt. Warto również zwrócić uwagę na wykonanie filmu – w przeciwieństwie do większości przedstawicieli gatunku ”Sausage Party” jest animacją bardzo dopracowaną pod względem plastycznym, postacie są pieczołowicie wykonane i bardzo estetyczne a całość sprawia wrażenie porządnie wykonanej roboty. Warto wspomnieć również o ścieżce dźwiękowej – do czytania kwestii poszczególnych postaci zaangażowano grupę wybitnych aktorów na czele z Edwardem Nortonem, a w soundtracku wykorzystano m. in. przeboje Meat Loaf. Tym większy jest więc kontrast pomiędzy wykonaniem a treścią, pełną wulgaryzmów i rozwiązłości seksualnej.

Strzałem w dziesiątkę okazała się konstrukcja postaci – spersonifikowanych produktów żywieniowych żyjących w sklepie i nieświadomych czekającego ich losu. Trafiając do koszyka produkty czują się szczęśliwe z powodu tego, że zostały wybrane przez „bogów”. Gwałtowny powrót do rzeczywistości następuje w momencie trafienia na talerz lub pod nóż. Smaczkiem filmu są „pikantne” sceny z sugestywnymi parówkami i bułkami – szczególnie scena finałowa – a także umiejętnie wprowadzane żarty sytuacyjne. Nie ma wątpliwości, że twórcom ”Sausage Party” udało się stworzyć obraz jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny, który warto zobaczyć w kinie!

https://www.youtube.com/watch?v=qejL_vbKc-U

Film ”Sausage Party” wyreżyserowali Conrad Vernon oraz Greg Tiernan, scnariusz do filmu wspłnymi siłami napisali: Evan Goldberg, Kyle Hunter, Seth Rogen, Ariel Shaffir. Głosów postaciom użyczyła plejada gwiazd hollywood: Seth Rogen, Kristen Wiig, Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Danny McBride, Craig Robinson, Paul Rudd, Edward Norton, Salma Hayek. W polskich kinach film jest emitowany od 12 sierpnia bieżącego roku.

„Marsjanin” – recenzja

Ridley Scott wielkim reżyserem JEST. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Owszem, zdarzały mu się wpadki, jak choćby „Exodus…”, nabuzowany gwiazdami „Adwokat” czy źle przyjęty „Prometeusz” (który mi osobiście się podobał), ale Scott to jeden z tych reżyserów, którego filmy będzie się wspominać na długo po śmierci artysty i zapewne kilka jego obrazów, znajdzie się w niejednym rankingu „Top Wszechczasów. Wystarczy wymienić takie filmy jak „Thelma i Louise”, mroczny kryminał „Czarny deszcz”, wyśmienitego „American gangstera” czy epickiego „Gladiatora”. Nie można jednak nie wspomnieć przede wszystkim o najgenialniejszym dziecku Ridleya czyli o „Alienie” i choć „Marsjanin” jest zgoła innym filmem od „Obcego”, to jednocześnie ma z nim wiele wspólnego. Fakt, „Alien” jako film z lat 70-tych to dzieło pionierskie, niemal inżynieryjne, ale tym co przede wszystkim cechuje zarówno „Marsjanina”, jak i „Aliena” to prostota. Proste, sterylne i nienachalne kadry, prosta fabuła, nieskomplikowana narracja, a wykonanie na najwyższym poziomie. Nie ma tu przepychu „Adwokata” czy nachalności „Exodusa”. Dostajemy produkt doskonały, gotowy i podany w najlepszy z możliwych sposobów.

Sukces „Marsjanina” nie leży jednak tylko po stronie scenarzysty i reżysera. Obsada, a w szczególności rola głównej postaci, podobnie jak w „Obcym”, nadaje ostrości i pełnego, emocjonalnego wyrazu. Matt Damon jako Mark Watney spisuje się fenomenalnie i daje kłam tym opinią, które niesprawiedliwie skazywały go na dogorywanie w filmach akcji. Mark to bohater idealny: przystojny, umięśniony, inteligentny i odważny, a dzięki Damonowi „Marsjanin” zamiast być filmem o facecie, który sadzi ziemniaki, staje się obrazek o człowieku z krwi i kości, dla którego pechowy dzień nadszedł i zdarzył się właśnie na Marsie. Na skutek burzy piaskowej, Mark zostaje ranny i znika reszcie ekipy z pola widzenia, a ta sądząc, że Mark nie żyje, ewakuuje się z piaszczystej planety w pośpiechu, zostawiając Marka w środku piaskowego armagedonu. Gdy nastaje świt, Mark orientuje się, że został sam, na „bezludnej planecie”, a kontakt z ziemią jest znacznie utrudniony. Przy niewielu zapasach żywności, Watney postanawia stawić czoła wyzwaniu i przeżyć za wszelką cenę. Dzieli racje, sadzi ziemniaki na ludzkim gównie i czeka na zbawienie. Tak w skrócie można opisać kilkadziesiąt pierwszych minut filmu, które mijają w oka mgnieniu. Wierzcie mi, ten ponad dwugodzinny seans upłynie, zanim się zorientujecie. A to najważniejsze przy ponad 90 minutowych „kolosach”; coś musi w nich zaskoczyć i to zaskoczyć na tyle szybko i intensywnie, aby starczyło na resztę seansu. Ridley zadbał o brak nudy kilkoma, naprawdę śmiesznymi gagami i dialogami, a zabawa ze zmienianiem ujęć to z łazika, to z hełmu daje, temu dość statycznemu obrazowi odrobinę lekkości. Muszę nadmienić także o plejadzie gwiazd na drugim planie, bo jak to zwykle w filmach Scotta bywa, jest ich co niemiara. Jest tu Kate Mara i Jessica Chastain, jako członkowie załogi statku kosmicznego Marka oraz Kristen Wiig, Jeff Daniels, Sean Bean i Chiwetel Ejiofor jako ekipa z NASA, ale „Marsjanin” to film przede wszystkim Matta Damona, który dzięki swojemu ujmującemu wyglądowi, unika skojarzeń z ciapowatym pracownikiem FedEx-u, który gada z piłką na bezludnej wyspie. Zamiast tego buduje obraz typowego Amerykanina, który zakasuje rękawy, ociera łzy i bierze się do pracy. Trudne? Tak. Nierealne? Nie. Mark Watney to doskonałe połączenie Jamesa Bonda z Macgyverem i choć film jest dość przewidywalny, a większość widowni bez trudu domyśli się finału, to i tak Ridley stworzył film niezwykle przejmujący, balansując zgrabnie między dramatem a komedią.

„Marsjanin” nie jest na pewno dziełem wizjonerskim, jakim był „Obcy”, ale to film, dzięki któremu reżyserzy, tacy jak choćby Michael Bay zrozumieją, że mniej „fiction”, a więcej „science” może skutkować doskonałym obrazem, plasowanym ponownie w czołówce najlepszych filmów wszech czasów, a sam Ridley na pewno nie powiedział ostatniego słowa, udowadniając, że nie można spisywać go na straty.

„Whitney” – recenzja

Trzy lata. Tyle przyszło nam czekać na pierwszy (i zapewne nie ostatni) film biograficzny poświęcony Whitney Houston pt. „Whitney”. Na krześle reżyserskim zasiadła Angela Bassett, zaopatrzona w scenariusz mało znanego Shema Bittermana oraz równie anonimową obsadę. Tylko jedno dawało szansę na pełny sukces – Whitney Houston. Ikona muzyki lat 80-tych i 90-tych, odtwórczyni wielu zapadających w pamięci ról filmowych, w tym u boku Kevina Costnera w „Bodyguardzie” czy „Żonie pastora” z Denzelem Washingtonem. Houston to zdobywczyni 400 nagród oraz artystka, która sprzedała 170 mln płyt. Powiedzieć, że Whitney Houston była gwiazdą to mało; ona była zjawiskiem. Niepowtarzalna skala i barwa głosu uczyniły z niej jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek wszech czasów. Niestety, życie prywatne artystki nie było pasmem radości i sukcesów. Uzależnienie od alkoholu i narkotyków zrujnował zarówno jej głos, jak i jej karierę, a w konsekwencji doprowadziły do jej śmierci. Chwały Houston nie przyniósł także burzliwy związek z ojcem jej jedynego dziecka, Bobbym Brownem. Wielu fanów oraz rodzina Whitney po dzień dzisiejszy obwiniają Browna o sprowadzenie utalentowanej, młodej Whitney, na ciemną drogę z przemocą, libacjami i narkotykami. I właśnie o tym miał z założenia opowiadać film Angeli Bassett, która (tak mniemam) starała się ukazać drogę Houston do załamania kariery oraz do przedwczesnej śmierci. Niestety, z minuty na minutę trwania tego wątpliwej klasy dzieła, coraz bardziej miałam wrażenie, że film wcale nie opowiada o Whitney, a o Bobbym Brownie, który podejmuje desperacką próbę rozgrzeszenia z błędów przeszłości. Skąd inąd jednak, patrząc na nagonkę pod jego adresem i oskarżenia o to, że w znacznym stopniu przyczynił się do śmierci artystki, film wydaje się rzucać nowe światło, tak na samą Whitney i jej zachowanie, jak na związek z Bobbym. Wynika z niego jednoznacznie, że to Houston „wepchnęła” swojego męża w narkotyki, bo brała na długo przed tym, gdy zaczęła spotykać się z Brownem.

Z pewnością nie można zarzucić filmowi stronniczości, bo i na męża piosenkarki spadają gromy za niewierność i nadużywanie alkoholu. Jednocześnie jesteśmy światkami wielu sytuacji, w których Bobby, traktowany jest, przez dąsającą się i niepewną Whitney, jak przysłowiowe piąte koło, a jemu samemu wielokrotnie uświadamia, kto tutaj jest prawdziwą gwiazdą. Niestety, niedowartościowany Bobby, z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że nigdy nie „dogoni” swojej żony, w pogoni za sławą, co wpędza go nieuchronnie w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, które w miarę upływu lat, zaczyna przyjmować wraz ze swoją żoną. Z owocnych początków kariery utalentowanego Browna, po kilku latach małżeństwa z Whitney, pozostają już jedynie strzępy. To na Houston spada odpowiedzialność za byt i przyszłość Kristi, jaki i samego Browna.

Patrząc na związek tych dwojga artystów, nie tylko na podstawie relacji Bassett, można powiedzieć, że Whitney i Bobby to była idealna para, ale jednocześnie należeli do tej grupy osób, która będąc razem, doprowadziła się do totalnej destrukcji, tak fizycznej, jak i psychicznej. Nie można powiedzieć, że Brown i Houston nie darzyli się miłością, bo darzyli i to wielką, ale właśnie to, płomienne niegdyś uczucie, całkowicie ich przerosło. Jednakże, pomimo narastających problemów w życiu rodzinnym, Houston (zapewne do końca) pozostała profesjonalistką. Gdy wychodziła na scenę, była pełną energii, uroczą i czarującą artystką, która dzięki swojemu głosowi, potrafi zrobić wszystko.

Sam film natomiast, w dość nieudolny i powierzchowny sposób starał się uwidocznić kontrowersje z życia Whitney Houston oraz w pewien sposób dać kłam temu, co pisano po śmierci artystki o jej mężu Bobbym. Osobiście, nie jestem fanką laurkowych filmów biograficznych, ale w mojej ocenie film Angeli Bassett przekroczył granicę dobrego smaku, tym bardziej, że zaraz po projekcji filmu, rodzina artystki apelowała do twórców, aby nie emitowano tego filmu. Sądzę, że są pewne granice, które Bassett niechcący przekroczyła.

Muszę podkreślić też jedną, bardzo ważną kwestię. Każdy kto obejrzał ten film, bez trudu wytknie mu wiele błędów i niedociągnięć od strony technicznej, jak i prostą i nazbyt dosłowną fabułę, która na dodatek nie ukazuje całego obrazu sytuacji, wybierając jedynie, w dość chaotyczny i niedbały sposób, fragmenty z życia Whitney tak, aby wpasowały się w myśl przewodnią filmu. Zapewne fani artystki, podobnie jak jej rodzina, byli oburzeni tym, co zobaczyli na ekranie, protestując przed ukazaniem takiego obrazu z życia Houston oraz pobłażliwe potraktowanie Bobby’ego, którego uważają za zło wcielone i sprawcę wszystkich problem w życiu Whitney. Co jednak jest atutem tego filmu? Oczywiście muzyka autorstwa Whitney, ale w mojej ocenie przede wszystkim obsada. Paradoksalnie, nieznane twarze odtwórców głównych ról czyli Yaya DaCosty oraz Arlena Escarpeta’y, mogły przynieść filmowi sukces, przy dobrej podstawie scenariuszowej. Podobnie, jak było to w przypadku Angeli Bassett i Laurence’a Fishburne’a, którzy szerszej widowni byli mało znani, gdy zobaczyliśmy ich w roli Tiny i Ika Turnerów w filmie „Tina” Briana Gibsona. W tym przypadku, niewiele mówiące nazwiska obsady spowodowały, przy dobrze skonstruowanym scenariuszu, że zarówno Bassett, jak i Fishburne nie stworzyli kolejnych kreacji aktorskich – oni stali się Tiną i Ikiem i byli z nim utożsamiani na długo po emisji filmu. Niestety, słaby scenariusz, niski budżet i kiepska reżyseria filmu „Whitney” sprawiły, że pierwszy film o megagwieździe, jaką niewątpliwie była Whitney Houston poniósł druzgocącą porażkę. Może na to wszystko było za wcześnie, a może wystarczyło ukazać to, co było istotą życia artystki czyli muzykę, zamiast melodramatu na poziomie programu Jerry’ego Springera? A tak? Dostaliśmy marny film, o którym w niedługim czasie zapewne wszyscy zapomną. Wielka szkoda.

„Wybór Zofii” – recenzja

Nowy Jork. Brooklyn. Koniec lat 40. Początkujący pisarz z Południa, Stingo (Peter MacNicol) wyjeżdża z rodzinnego domu w poszukiwaniu inspiracji i przygód. Wynajmuje pokoik w spokojnej części Brooklynu, w domu z różowymi ścianami, gdzie jego sąsiadami „z góry” są Zofia Zawistowska (Meryl Streep) i Nathan (Kevin Kline). Zofia jest Polką, która wyemigrowała z kraju zaraz po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego Auschwitz, z którego udało jej się ujść z życiem. Niestety, cała jej rodzina zginęła w obozach. Po półrocznym pobycie w Stanach, Zofia poznała Nathana – ekscentryka, biologa, intelektualistę. Nathan to człowiek pogodnego ducha, który równie intensywnie się bawi, co wpada w złość i frustrację. Pierwsze spotkanie Stingo z Nathanem nie przebiegło pomyślnie. Młody pisarz był światkiem jednej z wielu żarliwych kłótni Zofii i Nathana, podczas której zarówno Zofia, jak i Stingo usłyszeli kilka gorzkich słów z ust rozzłoszczonego Nathana. Nazajutrz kochanek Zofii wyciągnął do Stingo rękę z przeprosinami i od tej chwili, cała trójka stała się niemal nierozłączna. Zafascynowany tajemniczą Zofią oraz ekscytujący i porywczym Nathanem, Stingo z biegiem czasu odkrywa sekrety przeszłości dwojga kochanków, która w znaczący sposób kładzie się cieniem zarówno na zachowaniu Zofii i Nathana, jak i ich życiu, pełnym wahań i nieprzewidywalności. Nieopierzonemu, ubogiemu w życiowe przejścia Stingo, coraz ciężej jest znaleźć wytłumaczenie niecodziennego zachowania tak Zofii, jak i Nathana. Z biegiem czasu Stingo odkrywa mroki przeszłości Zofii, która opowiada mu o obozowym życiu oraz piekle, przez które przeszła, wraz z całą swoją rodziną. Wspomnienia z Auschwitz zmieniają zarówno Stingo, jak i widza, który zaczyna oglądać film z zupełnie innego punktu widzenia.

Zofia Zawistowska to postać żywcem wyjęta z dramatów Szekspira, a wcielająca się w nią Meryl Streep stworzyła nie tylko jedną z najtragiczniejszych ról w historii kina, ale także najlepszą kreację w swojej karierze. Opuszczona, osamotniona i zagubiona Zosia doskonale odnalazła się w świecie stworzonym przez ekscentrycznego Nathana. Ta pozorna, idylliczna rzeczywistość zdaje się być jedynym możliwym światem, w którym zarówno Zofia, jak i Nathan mogą funkcjonować po problematycznej i pełnej dramatycznych przeżyć przeszłości. Nijak nie pasuje tam Stingo, „dziecko z południa”, dla którego utrata matki w młodym wieku jest najtragiczniejszym wydarzeniem w jego dotychczasowym życiu, a zarazem przyczynkiem do napisania autobiograficznej powieści. Choć Stingo jest zafascynowany nowo poznaną parą, to z trudem przychodzi mu zrozumienie ich poczynań oraz wyborów, których musieli dokonywać w przeszłości, a rodząca się w nim miłość do Zofii, tak różnej od niego samego, zdaje się być z góry skazana na porażkę. Stingo żyje bowiem jeszcze w tym pięknym, młodzieńczym świecie, w którym wszystko wydaje się być możliwe, a problemy do przezwyciężenia. Zofia i Nathan z kolei już dawno porzucili nadzieje na lepsze jutro, by żyć chwilą, tym co jest tu i teraz. Nie planują, a jedynie marzą o tym, co nieosiągalne i niemożliwe. Ich wzajemna miłość jest pełna napięć i konfliktów, nie można im jednak odmówić wielkiej pasji i namiętności. Na pierwszy rzut oka Nathan i Zofia to ekscytująca, miła para dwojga wykolejeńców, którzy odnaleźli się w tym trudnym do zrozumienia, powojennym świecie. W rzeczywistości oboje próbują zapomnieć o tragicznej przeszłości, uciekając w świat wyobraźni i dziecięcej radości.

„Wybór Zofii” to intymna, mroczna i przejmująca opowieść o miłości i cierpieniu oraz o wyborze, którego tytułowa Zofia, musiała dokonać. To jednak film przede wszystkim o piekle wojny, o okrucieństwie jednego człowieka wobec drugiego, ale także o tym, że nie ważne ile przebędziemy mil, jak długo będziemy uciekać, to i tak nie unikniemy konsekwencji wyborów, których musieliśmy dokonać oraz wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości. Sztuką jest bowiem, aby nauczyć się żyć z bólem i stratą oraz wybaczyć samemu sobie to, co niemożliwe do wybaczenia.

„Wybór Zofii” to jeden z tych filmów, które zapadają w pamięć na długo i nie dają łatwych odpowiedzi, na jakże trudne, dorosłe pytania. To także jeden z tych nielicznych obrazów, w których cała obsada zasługuje na uznanie, choć trzeba także uczciwie przyznać, że poza tercetem Streep, Kline i MacNicol, na ekranie ciężko jest zauważyć kogokolwiek innego. Magnetyczna i przejmująca Streep, fascynujący i tajemniczy Kline oraz nieco infantylny MacNicol to mieszanka wybuchowa, w tym pełnym wrażeń wojennym dramacie, w którym w znakomity sposób połączono retrospektywne odniesienia do przeszłości Zofii, z jej dotychczasowym życiem z Nathanem i Stingo. Kulminacyjna scena, w której dowiadujemy się, co jest tymże tytułowym wyborem, napawa przerażeniem i w bardzo niewygodnym położeniu stawia także samego widza. Z perspektywy fotela, chrupiąc co rusz jakąś przekąskę, ciężko jest wczuć się w sytuację Zofii i zrozumieć, w jakich czasach przyszło żyć jej i innym ludziom, których los potraktował tak okrutnie i nieczule. Pozostaje zadać tylko jedno pytanie: „Gdzie był wtedy Bóg?”.

Podsumowując, dodam jedynie, że „Wybór Zofii”, genialny film Alana J. Pakuli to pozycja obowiązkowa, dla wszystkich, którzy szukają w kinie prawdziwych, pełnych emocji przeżyć podczas seansu z filmem, który nikogo nie pozostawia obojętnym, a na pewno obojętnej nie pozostawił mnie.

„Karbala” – recenzja

„W końcu porządne kino wojenne” – pomyślałam zaraz po premierze „Karbali”, którą kilka dni temu udało mi się nareszcie obejrzeć. Seans przyjemny, wrażenia także, a mimo wszystko czuję jakiś dyskomfort. Może lawina wojennej kinematografii spod skrzydła Amerykanów zakłóciła mój obiektywizm i w znaczący sposób wpłynęła na moją ocenę filmu Łukaszewicza? A może jednak problem tkwi w zupełnie czym innym?

„Karbala” – film opowiadający o obronie przez polskie i bułgarskie wojska siedziby miejscowych władz, City Hall z biegiem czasu zamienia się w potok pretensji i kompleksów Polaków w stosunku do amerykańskich Marines. Niestety, Łukaszewicz nie odrobił lekcji z narodowego patriotyzmu i zamiast stworzyć obraz dumny, stworzył obraz żałosny. Sceny gdy Amerykanie robią zdjęcia mało bojowym wozom polskiej armii czy te, gdzie nasi wojacy okładają drzwi jeepa kamizelkami kuloodpornymi, dają obraz opłakanego stanu naszego wojska, przede wszystkim w odniesieniu do jakości sprzętu i wyposażenia. Wszem i wobec wiadomo jednak, że Polak potrafi, więc nasi dzielni żołnierze, nie bacząc na kpiny, zarówno ze strony Amerykanów, jak i samych Irakijczyków, nadrabiają niedobory w uzbrojeniu pomysłowością i sprytem, czego nie można powiedzieć o reżyserze i scenarzyście Krzysztofie Łukaszewiczu. Polski twórca, z braku jakichkolwiek pomysłów, czerpie garściami z kina amerykańskiego, wyławiając z niego najlepsze kąski. Z jakim skutkiem? Raczej mizernym. Mamy tu trochę z „Szeregowca Ryana”, „Helikoptera w ogniu” czy niedawnego „Snajpera”. O ile jednak każdy amerykański film, traktujący o wojnie w Wietnamie, Afganistanie czy Iraku, charakteryzuje się przede wszystkim niesłabnącym patriotyzmem i patetyzmem oraz wiarą w zwycięstwo, o tyle polski film o zwycięskiej bitwie przypomina raczej dramat, aniżeli rasowy film bitewny. Amerykanie, jak żadna inna nacja, każdą swoją porażkę na polu bitwy, potrafią przekuć w sukces na srebrnym ekranie. Doskonałym przykładem są tutaj filmy o Wietnamie, które nigdy nie wspominają o druzgocącej klęsce Amerykanów, ale zawsze podkreślają bezlitosność oddziałów Wietkongu w stosunku do cywili czy też do samych amerykańskich żołnierzy, których więziono i torturowano w wietnamskich obozach jenieckich. Tym sposobem, nawet przy porażce na polu bitwy, dzielni Jankesi odnosili sukces, uchodząc z życiem z wietnamskiej niewoli. Polacy natomiast, cierpią na przypadłość bycia ofiarą, nawet wtedy, gdy mogą dumnie defilować z orzełkiem na piersi; skądinąd nawet amerykańska flaga, zdaje się dumniej powiewać na maszcie, aniżeli nasza biało-czerwona. Niestety, to nie jedyne zarzuty w stosunku do „Karbali”. Schematyczne potraktowanie Irakijczyków, jako z jednej strony terrorystów, a z drugiej tchórzliwych, zalęknionych cywili, którzy uciskani przez terror Al-Kaidy, nie są w stanie normalnie żyć i funkcjonować w wojennej rzeczywistości, potęgować może już rosnącą niechęć i wrogość do ludzi innych kultur i wyznania.

Z ratunkiem „Karbali” nie przyszła także obsada, z wybitnym Brtłomiejem Topą na czele, która nie dała rady unieść ciężaru odpowiedzialności, stając w obliczu jałowych dialogów i nijakiego scenariusza. W mojej ocenie nie tu jednak, powinniśmy szukać powodów porażki filmu Łukaszewicza. Oczywiście, problemy z montażem oraz kiepska ścieżka dźwiękowa, także nie przysporzyły temu filmowi fanów, ale moim zdaniem porażkę „Karbali” tłumaczy przede wszystkim tematyka. Polskiego narodu nie obchodzi wojna w Iraku, bo po prostu nas nie dotyczy; to nie nasza wojna – my jesteśmy tam tylko gośćmi. Próżno więc szukać w obrazie Łukaszewicza oznak patriotyzmu czy bohaterskich uniesień, skoro sami żołnierze w filmie, niejednokrotnie przyznają, że przyjechali na wojnę nie dla heroizmu czy orderów, ale dla pieniędzy. W przeciwieństwie do Amerykanów, dla których bitwa o Irak jest sprawą niemal osobistą, nie szukamy w niej spełnienia siebie i nie łudzimy się, że strzelanie na Bliskim Wschodzie przyniesie komukolwiek chwałę i chlubę. Jak więc, film o irackiej wojnie miał odnieść sukces w kraju, który misje w Iraku traktuje jak dobry zarobek?

Gdyby Łukaszewicz utrzymał kurs i zrealizował film stricte wojenny, opowiadający historię jednej, trzydniowej bitwy o City Hall, to niewątpliwie „Karbala”, byłaby by wdzięcznym prekursorem nowej fali w polskim kinie. Niestety, chaotyczne upchanie wielu kwestii związanych z wojennym życiem w Iraku, tak problemów rodzinnych żołnierzy, jak i przesycenia wojenną rzeczywistością wojskowych weteranów, sprawiają, że „Karbala” to film bez przesłania. Owszem, opowiada o obronie City Hall, ale nie ma tu polotu, pasji i radości z tego, że nasi żołnierze, przy niewątpliwych, skromnych środkach potrafią stanąć ramię w ramię z naszymi „sojusznikami”, Amerykanami i utrzeć nosa wrogo nastawionym Irakijczykom. Trzeba jednakże podkreślić fakt, patrząc na obraz stworzony przez Łukaszewicza, że polscy twórcy muszą się jeszcze wiele nauczyć.

„Karbala” powinna być filmem, który z dumą pokaże bohaterskich Polaków, stawiających czoła „okrutnym Irakijczykom”, którzy po trzech dniach i nocach odpierania ataków, zaskakują wroga i wygrywają bitwę o City Hall. Film Łukaszewicza zamiast dumy, napawa jedynie ostrożnym optymizmem, że kino polskie zwróci się w końcu w kierunku bardziej widowiskowego kina, które w polskich realiach ma szansę przebicia tylko wtedy, gdy sami twórcy uwierzą, że Polacy mogą zwyciężyć.

„Morderstwo pierwszego stopnia” – recenzja

Pascal powiedział: „Istnieją dwa rodzaje ludzi: sprawiedliwi, którzy uważają siebie za grzeszników, i grzesznicy, którzy uważają siebie za sprawiedliwych.”.

Alcatraz – „więzienna twierdza” amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, goszcząca takie sławy, jak choćby Al Capone. Jednym z mniej znanych więźniów na wyspie był Henri Young, drobny złodziejaszek, który by uchronić siebie i siostrę przed głodem, ukradł 5 dolarów z poczty. Henri’ego czekała teraz długa odsiadka w najlepiej strzeżonym więzieniu w Stanach – Alcatraz. Nie mogąc znieść więziennych warunków, Henri wraz z kilkoma innymi więźniami próbuje uciec. Niestety, skazańcy szybko zostają powstrzymani. Kilku z nich zostaje zabitych, a Henri’ego czeka odsiadka w więziennym karcerze. Regulaminowe 19 dni w podziemiach, zamienia się w ponad trzyletni pobyt w ciemności i strachu, podczas którego Henri popada w obłęd. Torturowany i poniżany przez zastępce naczelnika Miltona Glenna (Gary Oldman), Young z każdym dniem coraz bardziej zagłębia się w szaleństwie i amoku. Gdy tylko wychodzi z izolacji, zabija więźnia, który doniósł na niego podczas próby ucieczki. Henri zostaje postawiony przed sądem i oskarżony o morderstwo pierwszego stopnia, za co grozi mu kara śmierci. Jego obrony podejmuje się świeżo upieczony adept prawa, ambitny James Stamphill (Christian Slater). Prosta i z pozoru oczywista sprawa, z biegiem czasu, staje się zadrą w oku całego systemu więziennictwa oraz funkcjonariuszy pracujących w Alcatraz.

Dramatyczny i poruszający film Marca Rocco, „Morderstwo pierwszego stopnia” to przerażający obraz pokutnej drogi jaką skazany jest przejść Henri Young, chłopiec którego widmo biedy i głodu doprowadziło do zimnych podziemi więzienia Alcatraz. W mroku i samotności, Henri coraz szybciej traci kontakt z rzeczywistością, która w miarę upływu czasu staje się dla niego całkowicie obca. Temida zdaje się być głucha i ślepa, zarówno na niewspółmierność winy do kary Henri’ego, ale także na sadystyczne zapędy funcjonariuszy prawa, którzy zamiast resocjalizować i nawracać skazanych ze złej ścieżki nieprawości, łamią ich charaktery, uniemożliwiając powrót do społeczności, która w cichym przyzwoleniu trwa przy oprawcach w więziennych mundurach. Gehenna, na którą skazany jest Henri, wywołuje w nim dotąd niewidoczne, mordercze instynkty, udowadniając tym samym, że człowiek nie rodzi się mordercą; to środowisko kształtując jego losy, w znaczący sposób definiuje jego samego oraz jego zachowanie. Nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że głównym podejrzanym w całej sprawie, nie jest bezpośrednio Milton i jego gwardia , lecz sam system, który z przemocy uczynił główny atrybut władzy. Alcatraz, jako arena niesprawiedliwości, staje się miejscem pojedynku, dwóch, skrajnie różnych ludzi. Postaci Miltona i Jamesa stworzono na bazie kontrastu. Naczelnik Glenn to człowiek pozbawiony skrupułów, którego znakiem rozpoznawczym jest stosowanie przemocy i zastraszanie. W jego mniemaniu jest sprawiedliwym sędzią, który musi karać za łamanie prawa i dawać lekcje tym wszystkim, którzy próbują zmienić, narzucony przez niego, rygor. James, z kolei, to idealista, który z całą swą naiwnością wierzy, że można zbawić świat, jeżeli tylko dostatecznie się o to postaramy; Stamphill jest w stanie poświęcić wiele, aby uchronić innych przed złem i niesprawiedliwością, nawet wtedy, gdy między winą a prawdą nie można postawić znaku równości. Milton i James, niczym żywcem wyjęci z biblijnej prozy, Goliat i Dawid, toczą bój o duszę Henri’ego; jeden z nich chce go wepchnąć do mroku, podczas gdy drugi chce go z tego mroku wydostać.

Kluczem do sukcesu filmu Rocco jest bez wątpienia obsada. Kevin Bacon, wcielający się w postać torturowanego Henriego, wykonał fenomenalną pracę. Oglądając film, nawet przez moment nie miałam wątpliwości, kogo widzę na ekranie; Bacon stał się Henrim, przez co dramat tej niezwykle autentycznej postaci, daje się odczuć ze zdwojoną siłą. Gary Oldman jako sadystyczny Milton Glenn sprawdza się fantastycznie; ze swoim „pustym”, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem uwydatnia jedynie te wszystkie, negatywne cechy, którymi obdarzyli Miltona scenarzyści. Christian Slater, wcielający się w postać młodego, nieopierzonego mecenasa prawa, dzięki swej delikatnej urodzie uwiarygadnia jedynie swojego bohatera, który w świecie politycznych układów, nie czuje się nad wyraz komfortowo. W zasadzie, poza tą znakomitą trójką, na ekranie nie da się zauważyć nikogo innego; Bacon, Oldman i Slater grają w filmie pierwsze skrzypce – reszta jest tylko przystawką.

„Morderstwo pierwszego stopnia” to sprawnie zrealizowany i doskonale napisany film, z nieprzeciętną obsadą i grą aktorską, zasługującą na najwyższe uznanie. Sama fabuła wprawia w osłupienie i nie daje nam szansy na odejście od telewizora. Przejmujący, wzruszający i nie pozostawiający nikogo obojętnym – taki powinien być rasowy dramat, a „Morderstwo pierwszego stopnia” spełnia wszystkie te kryteria. Owszem, film był opatrzony łatką „inspirowany prawdziwymi wydarzeniami”, ale z rzeczywistością miał niewiele wspólnego (jedynie postać grana przez Slatera faktycznie istniała, ale cała historia to już jedynie filmowa fikcja). Gdy odsunie się to na bok i będzie się pamiętać, że to film, a nie para dokument, seans upłynie pod znakiem niesłabnącego przejęcia i troski o losy głównej postaci, bo Henri Young to nietuzinkowy bohater, który z powodzeniem, mógłby powtórzyć po Williamie Wallace’ie: „Mogą odebrać nam życie, ale nigdy nie odbiorą nam naszej wolności”.

„Wizyta” – recenzja

Każdy, kto był zachwycony „Szóstym zmysłem”, długo czekał na film M. Night Shyamalana, który choćby w niewielkiej części dorównałby temu oscarowemu dziełu sprzed 17 lat. Niestety, próba doścignięcia ideału i zbytnie przekonanie o swojej genialności owocowało wieloma latami złych filmów i pomysłów. „1000 lat po Ziemi” czy „Ostatni władca wiatru” są dowodem jedynie na to, jak zbyt szybka i nagła sława, może namieszać w umyśle obiecującego, młodego scenarzysty i reżysera. Na szczęście, gdy stróżka pieniędzy od hollywoodzkich oligarchów, znacznie się skróciła, Shyamalan powrócił do mnie wydumanego kina, w jednym ze swoich ostatnich projektów, filmie „Wizyta”.

Z początku nudna, nieco banalna historia o dwójce dzieciaków, chcących poznać swoich nigdy nie widzianych dziadków, przeradza się nietuzinkową opowieść o tygodniowej „Wizycie” u podupadających na zdrowiu staruszków. Pierwotnie, Becca (Olivia DeJonge) i Tyler (Ed Oxenbould) ubolewają nad brakiem dostępu do internetu oraz wczesną porą nocnego capstrzyku. Z biegiem czasu, rodzeństwo orientuje się, że na brak wrażeń nie będę mogli narzekać. Nana (Deanna Dunagan) i Pop Pop (Peter McRobbie) to nietuzinkowa para staruszków, którzy nocami biegają nago po domu, a za dnia chowają fekalia w szopie na tyłach domu. Coraz bardziej podejrzane zachowanie „nowych” dziadków, zaczyna przerażać Tylera i Beccę, którzy w miarę upływu czasu odkrywają co rusz nowe i bardziej zaskakujące „przypadłości” swoich gospodarzy.

„Wizyta” to film, który niezmiernie trudno jest zakwalifikować do sztywnych ram którego kolwiek gatunku filmowego. Dostajemy tu bowiem odrobinę dramatu, tragikomedii i horroru w jednym. Czy taka mieszanka się sprawdziła? W mojej ocenie, tak. Ogromną rolę w niewątpliwym sukcesie tego filmu, odegrał bez wątpienia, sposób jego nakręcenia. Mocno wyeksploatowane filmowanie „z ręki” (w tym przypadku to dzieci są operatorami kamer) sprawdza się tu wyśmienicie, przyczyniając się niejednokrotnie do szybszej pracy serca. Osoby o słabych nerwach, nie powinny oglądać tego filmu. Owszem, Shyamalan nie stworzył filmu jednowymiarowego, czasami wręcz można odnieść wrażenie, że historia jest nieco zbyt rozwleczona i zmierza donikąd. Nic z tych rzeczy. Rosnące coraz bardziej napięcie, w jednej chwili osiąga apogeum, a my orientujemy się, jak bardzo byliśmy oszukani przez reżysera, który wprowadza nas celowo w fabularną pułapkę. Szczerze mówiąc nie pamiętam filmu, który w ostatnim czasie tak bardzo mnie zaskoczył, jednocześnie mrożąc krew w żyłach.

Ponadto, podobnie jak było to w przypadku „Szóstego zmysłu”, aktorzy zostali dobrani idealnie. Na pierwszy plan wysuwa się tu przede wszystkim młodziutki Oxenbould oraz Deanna Dunagan w roli tajemniczej Nany. Całość okalana baśniowym, wręcz lekko sennym klimatem dostarcza widzowi wrażeń niczym z najgorszego, nocnego koszmaru. Zdaję sobie sprawę, że taka konwencja niczym z grimmowskich przypowieści o „Jasiu i Małgosi”, nie każdemu przypadnie do gustu, ale w mojej ocenie „Wizyta” to początek artystycznego odrodzenia Shyamalana, który nie potrafił sobie poradzić z nieoczekiwanie przybyłą sławą. Miejmy nadzieję, że niedawne filmowe porażki, podziałają na tego zdolnego hindusa jak wiadro zimnej wody i uświadomią mu, że filmy takie jak „Szósty zmysł” czy „Wizyta” to właściwy kierunek, którym dalej, ku uciesze widowni, dalej powinien podążać.

https://m.youtube.com/watch?v=SxxpIMX586A

„Jako w piekle, tak i na Ziemi” – recenzja

Lara Croft, kamień filozoficzny, pod paryskie katakumby, alchemia i tajemnica nieśmiertelności – nie, to nie kolejna część „Tomb Raidera”, lecz najnowszy horror w reżyserii Johna Ericka Dowdle’a, twórcy niezłego „Diabła” i nieco mniej udanej „Kwarantanny”; i o ile w „Diable” można było podziwiać wewnętrzną spójność i konsekwencję, o tyle w „Jako w piekle, tak i na Ziemi” nie ma po tym nawet śladu. Twórcy podążyli drogą na skróty i zamiast wysilić zwoje, wymyślając coś nowego, stworzyli mozaikę kina przygodowego i horroru. Jednym z nielicznych, pozytywnych aspektów filmu jest niewątpliwie zastosowanie techniki found footage. Choć znamy inne, o wiele bardziej udane filmy nakręcone z użyciem tej techniki, jak choćby “Blair Witch Project” czy „Paranormal activity”, to właśnie dzięki found footage, film „Jako w piekle, tak i na Ziemi” nie nudzi i ogląda się go z umiarkowanym optymizmem.

Niestety, fabuła już nie napawa tak wielką pogodą ducha. Trąci ona wtórnością i ciągłym odwoływaniem się do schematów. Film opowiada o szóstce, w gruncie rzeczy dość przypadkowych osób (Scarlett, jej kolega George, kamerzysta Benji oraz trójka francuskich przewodników), którzy postanawiają wejść do paryskich katakumb. Pomysłodawczynią jest Scarlett (Perdita Weeks), piękna pani profesor, która chcąc oczyścić dobre imię ojca, poszukuje kamienia filozoficznego, w istnienie którego wierzy jedynie garstka ludzi. Jej przypuszczenia padają na katakumby, w których ów skarb ma się znajdować. Obietnica nieśmiertelności zapędza grotołazów nieco zbyt głęboko, co zsyła nań lawinę nieszczęść.

Mnogość podobieństw do innymi filmów jest tak przytłaczająca, że nieco bardziej rozeznany w temacie kinoman, po pewnym czasie straci zainteresowanie i po prostu wyłączy telewizor. Przyznaję, dotrwałam do końca. I owszem, raz czy dwa wrzasnęłam wniebogłosy. Z tą różnicą, że mnie przestraszyć jest niezwykle łatwo. Jednak, gdy chwile przerażenia mijają, coraz wyraźniej widać, że cała historia jest grubymi nićmi szyta. Oczywiście, twórcy bardzo się starali i tego odmówić im nie sposób. Jak wiadomo jednak, dobrymi chęciami, piekło jest wybrukowane, a tego także nie jest trudno dostrzec. Potencjalnym widzom, którzy szukają w filmach grozy czegoś nowego, przed rozpoczęciem seansu powiedziałabym jedynie: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.

„Skóra, w której żyję” – recenzja

Almodovar, „boski Pedro”. Teraz doskonale rozumiem ludzi, którzy zachwycają się twórczością tego hiszpańskiego reżysera. Nie dalej niż wczoraj, obejrzałam pierwszy film Almodovara „Skóra, w której żyję”. Po tym seansie wiem, że powinno być mi wstyd, bardzo wstyd, że dopiero teraz obejrzałam film tego niezwykłego reżysera. Dzięki filmowi „Skóra, w której żyję”, wiem, że moja przygoda z Pedro dopiero się rozpoczyna.

Cóż można napisać o filmie, który w nieprzyjemny sposób drażni, ale jednocześnie przerażająco intryguje. Opowieść o Robercie (Antonio Banderas), chirurgu plastycznym, który w rozpaczy po stracie żony, traci kontakt z rzeczywistością, z początku zdaje się być jedynie przypowieścią o nieco ekscentrycznym, genialnym lekarzu. Z czasem jednak zaczyna się prawdziwy dramat, skrywający się zarówno za drzwiami pokoi w domu Roberta, jak i w głowie widza, który zostaje wplątany w dość nietypową sytuację. Roberta poznajemy w momencie, gdy prowadzi swoje pionierskie badania nad stworzeniem idealnej, ekstremalnie odpornej skóry, którą w przyszłości będzie można przeszczepiać ludziom (w szczególności tym, którzy ucierpieli na skutek pożaru). Niestety, użycie w tym celu transgenezy (użycie DNA zwierząt), ściąga na Roberta dezaprobatę kolegów po fachu, którzy nie godzą się na łamanie etyki zawodowej w imię rozwoju medycyny. Robert skrywa jeszcze jeden sekret. W jednym z pokoi w swojej posiadłości, Robert przetrzymuje kobietę, na której testuje „nowo” wychodowane kawałki skóry. Vera (Elena Anaya), nie opuszcza swojego pokoju i nie widuje nikogo oprócz Roberta. Jedynym łącznikiem ze światem, jest dla niej domofon, przez który komunikuje się z gosposią, a zarazem matką Roberta, Marilią (Marisa Paredes). Zamontowaną, małą windą gosposia dostarcza Verze jedzenie oraz inne drobiazgi, o które ją prosi, a przez zamontowane kamery w pokoju Very, śledzi każdy jej krok.

Choć opis dość obszerny i treściwy, nie mówi wiele, a w zasadzie nie mówi nic o filmie, który igrając z umysłem widza, nie pozostawia go znudzonym czy obojętnym nawet na moment. Almodovar zdaje się wciąż pytać: „Gdzie leży granica między geniuszem a szaleństwem?”. Niestety, z biegiem czasu nie otrzymujemy żadnych odpowiedzi, a pytania coraz szybciej się nawarstwiają, dostarczając widzowi nie lada wyzwania. Gęsta sieć powiązań między bohaterami i więzi rodzinne, dostarczają jedynie kolejnych przypuszczeń i domysłów. W centrum wszystkich wydarzeń stoi Robert, lekarz i badacz w jednej osobie; to człowiek ogarnięty perwersyjną potrzebą kontrolowania zarówno samego człowieka w sensie stricte, jak i jego ciała. Robert w swoim małym pałacyku urządził sobie istny labirynt doświadczalny, gdzie bawiąc się w Boga, udoskonala swoje dzieło, po kolei składając kawałek po kawałku. Robert, w moim mniemaniu, to demoniczne połączenie Frankensteina i Hannibala Lectera, połączenie ambicji i obłędu, chęci tworzenia z chęcią niszczenia, szaleństwa i geniuszu, miłości i nienawiści. Robert jest człowiekiem, którego nie nękają żadne wyrzuty sumienia czy wątpliwości. Niezależnie od tego co robi, jego twarz zdaje się w ogóle nie zmieniać. Zawsze schludny, dobrze ubrany i uczesany. Gdyby doktor Frankenstein żył dziś, byłby to właśnie ktoś taki jak Robert, ktoś kto nie zawahałby się ani na moment, w drodze do realizacji swoich celów.

Niejednokrotnie w filmie „Skóra, w której żyję”, jesteśmy świadkami stosunków płciowych. Nie są to jednak udane, satysfakcjonujące akty, z obupólną korzyścią. Stosunki seksualne są tu ukazane w sposób chaotyczny, nagły i dość bezmyślny. Almodovar zdaje się ukazywać nam ułomną naturę aktów płciowych, które w „Skóra, w której żyję” są utożsamiane ze złem, bólem, cierpieniem, zdradą lub brutalnością. Nie da się ukryć, że film „Skóra, w której żyję” to niebywale interesujący materiał dla psychiatrii lub psychologii; podobnie zresztą jak sam Almodovar.

„Skóra, w której żyję” to przerażające studium ludzkiej psychiki; to obraz ukazujący, do czego zdolny posunąć się człowiek, ogarnięty obłędem i chęcią zemsty. „Skóra, w której żyję” jest swoistym drogowskazem do krainy nieszczęść i dramatu, do której każdy z nas zna drogę, pytanie tylko czy nią podąży. To film o cierpieniu, które jest wszechobecne w niemal każdym kadrze. „Skóra, w której żyję” to w końcu niesamowicie intensywny thriller, w którym napięcie ani na moment nie słabnie. Wręcz przeciwnie, cały czas tylko rośnie, rośnie i rośnie, a na koniec seansu zostajemy sami, ze wszystkimi pytaniami i wątpliwościami; „nadzy” i onieśmieleni, chyląc czoła przed Almodovarem, mistrzem w swoim fachu.

„Magic Mike XXL” – recenzja

„Magic Mike XXL” to druga część opowieści o piątce uroczych striptizerów z Miami. Mike (Channing Tatum), Richie (Joe Manganiello),Tito (Adam Rodriguez), Ken (Matt Bomer) i Tarzan (Kevin Nash) urządzają wspólną podróż, by wziąć udział w corocznym konwencie striptizerów z okazji obchodów 4 lipca. Ma to być to ich ostatni, wspólny występ przed przejściem na zasłużoną, „striptizerską” emeryturę. Z każdym przejechanym kilometrem, droga coraz bardziej się komplikuje…

„Magic Mike XXL” to petarda humoru i nagości przeznaczona wyłącznie dla Pań, pełnoletnich Pań oczywiście. W przeciwieństwie do poprzedniej części, która poświęcała sporo miejsca na historie poboczne, „Magic Mike” w wersji EXTREME opowiada niemal wyłącznie o piątce umięśnionych przyjaciół, którzy ku uciesze tabuna kobiet, chętnie ściągają koszulki i prężą muskularne torsy. Muszę przyznać, że zawsze śmieszy mnie, gdy ktokolwiek doszukuje się w tego rodzaju filmach drugiego dnia, jakiejś batalii moralnej czy górnolotnych przemyśleń. Pozbawię wszystkich złudzeń. Zarówno pierwszy Mike, jak i zeszłoroczny następca to filmy rozrywkowe i tylko w takich kategoriach należy je rozpatrywać. Jakakolwiek inna próba interpretacji sprawi zawód widzom, a sam film skaże na nieuniknioną porażkę. O ile jednak w pierwszej odsłonie „Magic Mike’a” w reżyserii Soderbergha da się wyczuć odrobinę goryczy, o tyle w drugiej części nie ma po niej ani śladu. To pogodna i nieco naiwna opowieść o przyjaźni i życiu piątki facetów, którzy w obawie przed mijającym czasem, postanawiają jeszcze raz nieźle się zabawić.

„Magic Mike XXL” to energetyczny, pogodny film z dużą dawką męskiej nagości, co cieszy nie tylko oko. Powszechnie wiadomo bowiem, że współczesne kino nie wstydzi się nagości, lecz tyczy się to przede wszystkim kobiet, które co rusz możemy podziwiać, a to bez bluzeczki, a to bez majteczek, albo bez jednego i drugiego. Nagich ciał męskich, do niedawna, nie było nam dane oglądać, a już na pewno nie takich. Na szczęści pojawili się Królowie Tampy, którzy rozgrzewają do czerwoności i nie pozostawiają wiele miejsca wyobraźni. „Magic Mike XXL” to film, którego się nie ogląda. Na ten film się patrzy, bez mrugania oczami, aby przypadkiem nie przegapić jakiegoś smakowitego kąska. Owszem, może niektóre dialogi są obciachowe, może scenariusz i sama historia ma kilka dziur, ale kto tak na prawdę by się tym przejmował? Mi wszelkie braki rekompensuje tańczący Tatum i prężący swe boskie ciało Manganiello. W zasadzie, przez większą część filmu mogłabym nawet wyłączyć fonię… I tylko tak patrzeć, i patrzeć, i patrzeć…. Mam być szczera? Ten film warto oglądnąć choćby dla jednej sceny, która mnie osobiści powaliła na kolana. Scena, w której Big Dick Richie odstawia show na stacji benzynowej, w rytm piosenki Backstreet Boys… Bezcenne!